czwartek, 25 września 2014

Międzygalaktyczna Miłość cz. 1


Po długim czasie nieobecności wracam z kolejną notatką, kolejnym opowiadaniem. Trwało to tyle, ponieważ przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć weny, nie miałam ochoty aby pisać. Na szczęście wróciła i mogę dalej tworzyć :).
Opowiadanie, które chcę Wam dzisiaj przedstawić jest umiejscowione w uniwersum Mass Effect - gry komputerowej, której świat głęboko zapadł mi w pamięć. Niektóre miejsca i postaci są zaciągnięte właśnie z tej gry, a niektóre wymyślone. 
Miłego czytania! :)










"Garrus Vakarian: Za te wszystkie razy, kiedy to ja wyciągałem cię z pożaru. Noveria, Feros, Ilos... Niezłą mieliśmy jazdę, co, Shepard?
Shepard: W takich chwilach wiesz, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. To nie ten, który biega dookoła, szukając drogi ucieczki. To ten, który stoi u twojego boku na dobre i na złe i nigdy cię nie opuści. Mam szczęście, mogąc powiedzieć, że znam taką osobę.
Garrus Vakarian: Ja też. (Po chwili): Chyba mi się teraz nie oświadczysz, co?"
Mass Effect 3




Był ciepły, sierpniowy poranek, który zapowiadał, że być może w życiu Alice coś się odmieni i zacznie nowe życie. Wybrała do tego celu miejsce idealne - z dala od rodziny i tej reszty znajomych, których tak naprawdę nie obchodziła. Miejsce tętniące życiem, w którym można było posłuchać wielu ciekawych historii o przygodach. Przygody... tak. Coś co sprawiało, że jej serce mocniej biło, ale nigdy nie chciała w żadnej brać udziału. Jej dziwna osobowość sprawiła, że wszelkie przygody omijały ją szerokim łukiem. Tak samo - nigdy nie miała okazji przekonać się czym naprawdę jest miłość - mimo, że nie była wcale brzydką kobietą, czy mało inteligentną. Była przeciętna. Przeciętna przeciętność. Miała długie, ciemne włosy, zgrabną sylwetkę - nie za grubą, nie za chudą - i zielone, kocie oczy. Można by było nawet powiedzieć, że ktoś mógłby się w nich zakochać, ale niestety nadmiaru mężczyzn nie spotkała w życiu, a już zwłaszcza takich, którzy uznaliby jej oczy chociaż za ładne.
Ubierała się też raczej przeciętnie, w barwy niebieskie, szare lub czarne - czasem przemycając nieco koloru w dodatkach.
Tak więc ona - totalna przeciętność w miejscu, w którym skupiał się cały wszechświat. Tak - znalazła swoje miejsce na Cytadeli. Uciekła ze znajomej Ziemi, która nie miała jej nic do zaoferowania i myślała, że już nigdy tam nie wróci.
Obecnie rozmyślała o tym wszystkim siedząc wygodnie w jednej z kawiarenek i obserwowała jak płynie życie ludzi i innych międzygalaktycznych ras. Popijała napój energetyczny i zaczęła przerzucać myśli na inne tory. Miała ochotę zwiedzić okolicę, zobaczyć co ciekawsze miejsca, ale kompletnie nie wiedziała od czego zacząć. Wokół kręciło się mnóstwo uliczek, jedne wchodziły w budynki i nie zauważyła z nich wyjścia, inne - spiralnie prowadziły na wyższe piętra miasta i rozdzielały się na wiele pomniejszych. Wszędzie było czysto... biało... a wieżowce sięgały nieba. Niedaleko miejsca, w którym siedziała znajdował się mały basen z fontannami i wielkim posągiem przypominającym kroganina - jednego z przedstawicieli ras wszechświata. Kilka stolików dalej siedział też pewien turianin - miał podłużną twarz i coś co przypominało grzebień z tyłu głowy. Małe oczy wpatrywały się w elektroniczny notatnik, który oświetlał go niebieskim światłem. Turianie - jak wiele innych ras - bardzo przypominali ludzi - mieli głowę, dwoje oczu, dwie ręce i dwie nogi.. W dodatku byli symetryczni. Jednak to raczej wszystko co mogło ich łączyć z gatunkiem Alice - a przynajmniej tak jej się wydawało.
Turianie zazwyczaj byli szczupli - i to bardzo. Czasem miało się wrażenie, że żołądek mają na plecach - głównie dlatego, że posiadali spory garb. Taka była ich uroda.
Ten jeden konkretny, któremu się przyglądała Alice był podobny do innych, ale jednak było w nim coś wyjątkowego. Miał na sobie fioletowo-szary pancerz, a jego twarz mimo, że zapracowana - sprawiała wrażenie łagodnej i miłej.
Nagle turianin podniósł wzrok znad notatek, aby spokojnie napić się kawy - czy innego dziwnego napoju - i zauważył, że dziewczyna mu się przygląda. Alice spuściła wzrok zawstydzona. Nie sądziła, że patrzyła na niego tak długo.
W tej chwili zrodziła się u dziewczyny szalona myśl. Myśl o przygodzie, na którą nigdy nie była gotowa. Jednak - czy ta przygoda nie rozpoczęła się w chwili gdy wystawiła walizki za drzwi i oznajmiła, że się wyprowadza? Może wtedy niepostrzeżenie zgodziła się na zrobienie czegoś, czego się po sobie nie spodziewała. Dlaczego więc nie pociągnąć teraz tej myśli i chęci?
Kiedy tylko dopuściła taką możliwość - serce zaczęło jej mocniej bić. Po chwili biło już jak szalone i niemalże wyskoczyło z piersi. Wzięła głęboki wdech, wstała i powoli ruszyła w kierunku zatopionego w pracy turianina. Nie wiedziała czego się spodziewać - nie tylko dlatego, że był to dla niej ktoś zupełnie obcy, ale też dlatego, że wcześniej nie miała do czynienia z innymi rasami. Miała szczerą nadzieję, że jej ocena okaże się słuszna i faktycznie będzie dla niej miły.
- Em... Przepraszam - powiedziała nieśmiało... ale chyba też i za cicho. - Przepraszam - prawie krzyknęła.
- Tak, słyszę panią. - Odwrócił się i uśmiechnął, a przynajmniej wydawało jej się, że to jest uśmiech. - Czy mogę w czymś pomóc?
- Em.. Tak, właściwie to bardzo przydałaby mi się pańska pomoc. - Nerwowo założyła kosmyk włosów za ucho. - Czy mogę się dosiąść?
- Tak, proszę. - Turianin wstał i odsunął jej krzesło. "Łał, nawet dżentelmen." - pomyślała i starała się uśmiechnąć tak bardzo uroczo jak tylko potrafiła.
Schował swoje elektroniczne notatki i utkwił wzrok w jej zielonych oczach. Wyglądało to tak, jakby miał rzucić komplement na ich temat, ale albo był nieśmiały, albo uznał, że nie wypada.
Po tej niezręcznej chwili Alice wyciągnęła notatki i mapy dotyczące Cytadeli.
- Tak w ogóle, to nazywam się Alice. - podała mu rękę, chociaż nie wiedziała, czy zrozumie gest przywitania.
- Ja jestem Garrus. Garrus Vakarian. - zrozumiał gest. Miał chyba do czynienia z ludźmi więcej niż ona z obcymi.
- Przepraszam, ale jest pan pierwszym turianinem jakiego spotykam. Właściwie to pierwszym obcym... Tzn, kimś z innej rasy. Jej, mam nadzieję, że to głupio nie zabrzmiało.
- Spokojnie. Nie zamierzam pani zjeść - zaśmiał się. Miał taki ciekawy ton głosu. Zupełnie inny niż ludzcy mężczyźni, ale jednocześnie taki miły i ciepły.
- Cieszę się - uśmiechnęła się razem z nim. - Chodziło mi o to, że niestety nie wiem jak witają się turianie, dlatego samolubnie wyciągnęłam rękę. Także, przepraszam.
- Nie ma problemu. Ale to miło, że pani o tym pomyślała.
Ponownie nastąpiła chwila ciszy, ponieważ Alice zapatrzyła się na nowego znajomego. Sama nie rozumiała do końca dlaczego - być może była zaintrygowana pierwszym spotkaniem z zupełnie inną kulturą, a jednocześnie tak podobną.
- Chciała pani, żebym jej w czymś pomógł? - ponaglił Garrus.
Dziewczyna obudziła się z letargu.
- Ach tak! O czym ja myślałam... Chodzi o to, że niedawno przeprowadziłam się na Cytadelę, wcześniej mieszkałam na Ziemi i kompletnie nic nie wiem o tym miejscu. Przydałby mi się ktoś, kto podsunąłby mi kilka wskazówek co mogę robić, a co nie. Co wypada, a co wręcz przeciwnie... I przy okazji chciałabym zobaczyć kilka miejsc wartych uwagi. Pan wyglądał na takiego, który się orientuje, ale jeśli nie, albo nie ma pan czasu to oczywiście zrozumiem. I.. i.. wiem, że może nie powinnam prosić obcego... znaczy, obcą osobę o to, ale... nikogo tu nie znam... - zużyła na tę wypowiedź chyba cały zapas powietrza, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Nie miała pojęcia jak zareaguje, ale czuła, że nawet jeśli nie będzie miał ochoty to przynajmniej grzecznie odmówi.
Garrus najpierw się zdziwił, a potem uśmiechnął - tak jakby zaskoczył go jej pomysł.
- Cóż... Nie jestem przewodnikiem... Mogłaby pani skorzystać chociażby z wirtualnej inteligencji, czyli Aviny.
- Nnno.. tak, ja wiem... Ale WI to nie to samo co żywa istota. Fajnie jest też kogoś poznać w nowym miejscu.
- Ma pani rację. Dobrze! Mam kilka godzin wolnej przepustki jeszcze, więc chodźmy!
Alice nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Ostatni raz kiedy ktoś przyznał jej rację to było za czasów szkoły podstawowej. Rysowała na zajęciach razem z innymi zwierzątka. Jej praca wyszła paskudnie i sama o tym dobrze wiedziała. Kiedy powiedziała to nauczycielce, ona stwierdziła, że ma rację - praca jest brzydka. Potem całe życie utwierdzano ją w przekonaniu, że w niczym nie ma racji.
Ucieszyła się tak bardzo, że prawie uwiesiła się Garrusowi na szyi, ale na szczęście opanowała się w ostatniej chwili.

- Skoro spędzimy ze sobą trochę czasu to proponuję, byśmy mówili sobie po imieniu. Jeśli nie masz nic przeciwko - zaproponował.
- Nie mam. Tak będzie o wiele wygodniej.
Turianin i człowiek - przechadzali się razem po czystych chodnikach nowoczesnego miasta. Taki widok był niestety dość rzadki, zważywszy na wojnę pomiędzy tymi dwoma gatunkami, która rozegrała się parędziesiąt lat wcześniej. Sam fakt jej zaistnienia nie był najgorszy. Najtrudniejsze do zaakceptowania dla tych, którzy przeżyli - było to, że wiele osób zapomniało o tym jaka brutalna była. Jak wiele istnień zabrała ze sobą. Jak bardzo spustoszyła oba światy. Ludzie, którzy przetrwali starali się często przypominać o tym dlaczego inni nie powinni przyjaźnić się z turianami. Organizowali protesty, konferencje, rozmowy na forum. Wielu ulegało sugestii, a ponieważ ludzie są z natury bardzo emocjonalni często kończyło się to szydzeniem z turian, albo co gorsza bijatykami.
Alice miała jednak otwarty umysł. Starała się nie dać manipulować i najpierw kogoś poznać zanim go osądzi. Poza tym w Garrusie było coś wyjątkowego, czego nie rozumiała, a co bardzo ją intrygowało.
- Wiesz... Zdziwiłem się, że w ogóle to do mnie podeszłaś. Co prawda świat powoli się zmienia i spotkałem wielu miłych dla mnie ludzi, ale nadal są tacy, którzy nie lubią bratać się  z turianami. - rzekł ucieszony.
Dziewczyna już miała otworzyć usta by odpowiedzieć, ale to co miała na myśli nie było odpowiednie do wypowiedzenia na głos. Nie chciała go zrazić, ani przestraszyć.
- Daję innym dość duży kredyt zaufania na początku. - odpowiedziała. - Może to niezbyt dobre podejście, ale wierzę, że w każdym jest odrobina dobra. W niektórych osobach nawet więcej niż odrobina. I tego lubię się trzymać.
Garrus spojrzał na nią urzeczony.
- Jesteś bardzo optymistyczną osobą Alice. Miło mi to słyszeć. Dobrze, więc pokażę ci teraz parę takich miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć na Cytadeli.
Oboje się uśmiechnęli.
Przemierzyli razem całkiem spory kawałek miasta. Garrus zabrał ją nad szmaragdowe jezioro z pomnikami wokół upamiętniającymi wielkie wydarzenia. Pokazał Wieżę Cytadeli, gdzie obradowały mądre umysły galaktyki. Przynajmniej w teorii tak ma być. Byli również obejrzeć podniebne boiska sportowe umieszczone niemalże w przestrzeni kosmicznej. Każde było zamknięte w wielkiej bańce, w której działała grawitacja. Dzięki temu można było zaoszczędzić wiele miejsca, zwłaszcza że sama Cytadela nie była duża. Zajrzeli też do dzielnicy sklepowej. Garrus sądził, że Alice jak większość kobiet lubi zakupy. I nie mylił się...
- Aaaaa! Jakie słodkie małe, holograficzne kotki! - krzyknęła wpadając w euforię. - Nie uważasz, że są absolutnie przeurocze?
Turianin się roześmiał. Chciał powiedzieć, że ona w tym momencie była bardziej urocza niż te kotki, ale obawiał się, że może to ją odstraszyć. To było niesamowite. Dziewczyna sprawiła, że przez te parę godzin zupełnie zapomniał o pracy. Cieszył się dniem, prostymi rzeczami. Dawno już tego nie odczuwał.
- O tak. Prześliczne. Chodź, pokażę ci jakie zwierzęta my turianie trzymamy w domach.
Zaintrygowana podreptała za nim. Miała nadzieję, że to równie coś słodkiego, ale oczywiście nic nie mogło przebić kotków.
- O proszę! - Garrus wziął do ręki obraz holograficzny przedstawiający małego stworka z dużą głową, na której mieściło się czworo oczu. Oprócz dziwnego kształtu miał cztery łapy, więc przypominał takiego bardziej dziwnego psa.
Alice się roześmiała.
- Wygląda super!
- Niech cię nie zmyli wygląd. To zwierzę bojowe! - przejął się Garrus.
- Jak to bojowe? To małe, słodkie cudo?
- Owszem! Ma kły jak brzytwy, a biega szybciej niż błyskawica. Bardzo często jest wykorzystywany w momencie, kiedy jesteśmy otoczeni przez wroga. Nikt się nie spostrzeże, a te stworzonka są w stanie przetrzebić pół armii. Mówię ci! Najlepsze zwierzątka we wszechświecie! - mówił to z takim przejęciem. Dziewczyna zdążyła już zauważyć mimo tej krótkiej znajomości, że Garrus to przede wszystkim wojskowy. Dużo mówił o szkoleniach, o tym jak turianie od najmłodszych lat są zaciągani do wojska, uczeni dyscypliny, strategii. Taka była ich natura i nikt się nie sprzeciwiał.
W pewnym sensie pociągała ją ta pasja. To coś, czego sama nigdy nie czuła. Parała się wieloma zajęciami, szukając takiego, które mogłaby wykonywać z zaangażowaniem, ale jeszcze się jej nie udało.
Razem spędzili dużo czasu - na tyle, że zaczął zapadać zmrok.
- Chodź ze mną. Chciałbym pokazać ci jeszcze coś. Najpiękniejsze miejsce na Cytadeli. - Zawołał ucieszony.
Wjechali dużą, sterylną windą na samą górę ramion miasta. Na najwyższy punkt, na który można się dostać będąc cywilem. Ścieżki były tam okryte szkłem, jak w bańce, gdyż na tym poziomie było już ciężko oddychać. Garrus chwycił Alice za rękę, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie, i pognał w kierunku większego placu. Stało na nim tylko kilka ławek i mała roślinność, ponieważ to co najważniejsze było w górze.
Turianin wskazał palcem, a dziewczyna oniemiała. Wokół nich była cała galaktyka, gwiazdy przemykały po niebie, mgławice rozpływały się, a planety kręciły własnym, powolnym tempem. Niebieskie, pomarańczowe, złote - kolorowe... Odcienie zieleni mieszały się z błękitem, a wielkie gazowce unosiły się tańcząc w przestrzeni. Coś niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju. Alice się wzruszyła.
- Co się stało? Czemu płaczesz? - zapytał zaniepokojony.
- Och to nic... Po prostu tu jest tak... pięknie! - zaśmiała się. - Aż nie wiem co powiedzieć.
- Cóż, wyprawa była niesamowita. To i wielki finał powinien być. - również się zaśmiał i zaczął gorączkowo przeszukiwać kieszenie.
- Powinnaś mieć też pamiątkę z tej.. przygody - powiedział, po czym wyciągnął małą, holograficzną figurkę.
Kiedy Alice usłyszała "przygoda" pomyślała, że to idealne określenie. Spędziła czas z inną osobą pierwszy raz - nie męcząc się przy tym. Nie wyliczając czasu, nie wyczekując niecierpliwie końca. Nie spoglądała na zegarek, nie pogrążała się w innych myślach tylko udając, że słucha. Chłonęła nowy świat i nowego znajomego wszystkimi zmysłami i chciała, żeby to nigdy się nie skończyło. Zupełnie niezwykłe dla niej doświadczenie. A na koniec - on który zdobył się na miły gest i kupił jej pamiątkę. Zupełnie obcej osobie. Czuła, że musiała go czymś oczarować, albo chociaż równie miło mu się spędzało czas z nią.
- Teraz to naprawdę chcesz, żebym się popłakała. Kochany, holograficzny kotek. Bardzo ci dziękuję! - tym razem się nie powstrzymała i przytuliła się do Garrusa. Nieważne jak to zrozumie. Nieważne jak to odbierze. Łzy popłynęły jej po policzkach rzewnymi strumieniami.
- Cieszę się, że cię poznałam.
- Ja również. - odwzajemnił uścisk, chociaż to było dziwne. On i ludzka kobieta. W dodatku dopiero co poznana ludzka kobieta. Ale ona nie była zwyczajna. I nie była przeciętna. Wiedział, że ten dzień zapamięta na całe życie.



Opowiadanie zostało napisane - 25.09.2014r.

2 komentarze:

  1. Piękne i wzruszające opowiadanie. Talent w autorce bloga jest.
    A kiedy kolejna część pewnego opowiadania które jest jednym z pierwszych?

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko powiedzieć. Niestety mam tendencję do porzucania pomysłów po jakimś czasie i nie kończenia opowiadań. Trudno mi powiedzieć czy będzie dokończone.

      Usuń