niedziela, 27 kwietnia 2014

Sprinterka





"Różnymi drogami biegnie życie ludzkie, ale wszyscy szukają szczęścia i miłości."
Jan Paweł II 




Szybki bieg. Wyrównany oddech. Jeszcze przeskok przez barierkę, a potem skok na przeciwległy dach. Przewrót, żeby nie tracić pędu. I mogła się zatrzymać. Jej oczom ukazał się wspaniały widok. Stała właśnie na najwyższym budynku w mieście, podziwiając błyszczące na niebie gwiazdy. Uwielbiała biegać w nocy. To czas mniejszego zainteresowania policji sprinterami. A ona nie mogła rzucać się w oczy.
Przysiadła na krawędzi dachu czystego niczym pościel w pięciogwiazdkowym hotelu. W dole samochody ruszały się w ślimaczym tempie wydając odgłosy zniecierpliwienia. Wokół niej dużo było innych budynków, ale niższych niż ten, na którym siedziała. W niektórych oknach paliły się światła, przez co można było zobaczyć cienie postaci… ludzi, którzy tam mieszkali. Ale April to nie interesowało. Wolała patrzeć na gwiazdy, ludzie ją męczyli. Większość z nich, żyjących na dole, uważało to miasto za idealne. Warte tego, by za nie nawet zginąć. Bronić za wszelką cenę. April wiedziała, że to wszystko tylko manipulacja ze strony władz. Ludzie nade wszystko pragną władzy…
Jednak nie nad wszystkimi mieli władzę… I dla nich właśnie pracowała April.
Ciepły, letni wiatr rozwiał długie, kruczoczarne włosy dziewczyny. Wślizgnął się nawet pod koszulkę niczym nieproszony gość. Przywiał ze sobą jakiś miły, słodki zapach, przez co April zachciało się coś zjeść. Postanowiła wpaść po drodze do domu po jakąś pizzę i znów zaczęła biec.

- Cześć Merk, co dla mnie masz?
- A co ty tak wcześnie dzisiaj? – zapytał lekko zaspany.
Merk jak zwykle siedział przy komputerze nasłuchując policję. Nie mógł pozwolić, by któryś ze sprinterów natknął się na jakąś większą grupę. Na chwilę oderwał się od klawiatury i spojrzał na April.
- Coś kiepsko dzisiaj wyglądasz. Spałaś coś? – zapytał z troską w głosie.
- Właściwie to niewiele. Szukałam nowych gwiazdozbiorów. – odparła siadając na miękkiej, czerwonej kanapie.
- Dziewczyno, twoje hobby cię kiedyś wykończy.
- To jak? Masz dla mnie jakąś robotę?
- Oczywiście. Jak zawsze. – odrzekł z uśmiechem. – Mamy dostarczyć dziś wiadomość do Arlington Drive, ale ty dobiegniesz tylko do Stanton Avenue. Tam zmieni cię Kate. Wiem, że to dość spory kawałek, ale na pewno sobie poradzisz.
Merk wstał i udał się w róg pomieszczenia zabierając stamtąd potrzebne fanty.
- Tu masz torbę z wiadomością i słuchawkę. Odezwij się czasem, żebym wiedział czy żyjesz – nie tak jak ostatnio, ok?
- Ok, ok.
April przewiesiła sobie torbę przez ramię, a słuchawkę włożyła do ucha. Na dworze słychać było tylko wszechogarniającą ciszę. Lubiła zaczynać wcześnie rano. Niewielu ludzi się wtedy kręciło po mieście.
Smukła sylwetka dziewczyny odbiła się w dużych oknach wysokiego biurowca. Biegła po krawędzi – już nie pierwszy raz, ale za każdym razem trochę się bała. Nie, że spadnie, tylko że ją zauważą. Wbiegła na duży billboard reklamujący jakąś nową telefonię komórkową i odbiła się w kierunku czerwonego, wystającego dźwigu. Chwila niepewności… Przewrót i znów jest na stałym gruncie. Skok przez siatkę, wślizg pod jakimiś metalicznymi rurami i skok na kolejny biały budynek bez wyrazu. Torba zaczęła jej ciążyć. Musiała trochę zwolnić, ale nadal biegła dość szybko, żeby Merk się nie czepiał. Wyrównała oddech i pokonała kolejne kilka przecznic górą. Wbiegła do jakiegoś budynku, który obecnie był w remoncie i rozejrzała się wokół.
- Merk… Jak to wygląda? – pytała zdyszana.
- Gdzieś w okolicy powinno być wejście do szybów wentylacyjnych. Miło, że się w końcu odezwałaś. – zażartował.
April przebiegła przez pierwszy korytarz i znalazła się w większym pomieszczeniu. Nie było tam tak idealnie czysto, jak wszędzie. Pod oknami walały się zużyte do połowy puszki z farbą, niedaleko od nich znajdowały się połamane deski, a większość z przejść była zablokowana przez duże skrzynie. Wyglądało to tak, jakby nikt nie chciał dokończyć tego remontu.
Na szczęście April znalazła szyb wentylacyjny, do którego mogła się wślizgnąć. Kilka skoków w górę i już była na miejscu.
- W okolicy pojawiło się kilku gliniarzy, więc uważaj i nie rzucaj się w oczy. Jeśli cię zauważą musisz im uciec. – usłyszała głos w słuchawce.
Gliniarze… Nie cierpiała gliniarzy. Nigdy nie wiadomo kiedy zginie się od ich zbłądzonej kuli. Znała kiedyś sprintera, który chełpił się, że żaden gliniarz go nigdy nie dotknie, bo jest tak szybki. I faktycznie, jego szybkość i sprawność była niesamowita. Jednak w tym zawodzie trzeba być nie tylko szybkim i sprawnym, ale też mądrym i rozsądnym. Znajomy sprinter zginął w centrum handlowym „New Age”, bo wydawało mu się, że może ominąć sporą grupę gliniarzy do zadań specjalnych. Przedziurawili go jak ser szwajcarski. Merk chyba najbardziej przeżył jego śmierć.
April w końcu wydostała się z budynku na świeże powietrze. Zostało tylko parę przecznic do miejsca przekazania torby. Nagle na swojej drodze zauważyła innego sprintera. „Co on tu robi?” – zastanawiała się.
- Merk, co tu robi Jack? Ma jakieś zlecenie?
- Nic mi o tym nie wiadomo… Ale lepiej skup się na biegu. Nie chciałbym, żebyś stała się plamą na drodze.
- Spoko.
Kiedy spojrzała ponownie w kierunku, gdzie był Jack już go tam nie zauważyła… Za to wpadła na niego – dosłownie.
- Au! – krzyknęła. – Co ty wyrabiasz Jack?
- To jedyny sposób, żeby sprawić byś się do mnie przytuliła, słonko.
- Zwariowałeś…
Jack miewał głupie pomysły, mimo że był dość inteligentnym człowiekiem. Przyłączył się do sprinterów długo przed April i w dość niejasnych okolicznościach. Ktoś mówił, że Jack był kiedyś kieszonkowcem w metrze i miał na pieńku z przedstawicielami prawa. Podobno natknął się wtedy na któregoś sprintera i postanowił zmienić fach. Ktoś inny mówił, że facet przeżył jakąś tragedię… ktoś zginął, a on sam wylądował na ulicy. Sprinterem został, by zapomnieć.
Jednak April czuła, że żadna z tych historii nie jest prawdziwa. Jack był typowym przystojniakiem z zawadiackim uśmiechem i delikatnym zarostem. Biegał przeważnie ubrany w czarną, stylową koszulkę i szare, dresowe spodnie. Zresztą, wszyscy sprinterzy ubierali się podobnie. Najważniejsze było wtopić się w otoczenie i nie dać się złapać.
- Dokąd tak pędzisz April? – zapytał towarzysko.
- Jack! Niepoważny jesteś?! Pracuję. I muszę już biec. – odrzekła zirytowana.
Mężczyzna wciąż zastępował jej drogę, słodko się uśmiechając.
- April, daj zaprosić się na randkę. Obiecuję, że będzie fajnie.
- Co? Odbiło ci? Zaraz…
- April, rusz się, gliniarze do ciebie idą i jesteś już spóźniona – usłyszała Merka.
- Muszę iść.
Dziewczyna usiłowała go wyminąć, ale nie dało rady. Jack chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę drzwi do jakiegoś bloku mieszkalnego. Biegł szybciej od April więc ta musiała mocno przyśpieszyć. Nie wiedziała dokąd ją ciągnie, ale miała przeczucie, że znalazł sposób na ominięcie policji. W bloku wbiegli do windy i zaczęli powoli jechać w górę.
- Dokąd idziemy? – zapytała.
- Znam skrót. Trzymaj się mnie. – znów się uśmiechnął.
Irytowało ją to.
- Nie potrzebuję twojej pomocy. Poradziłabym sobie sama. – odparła gniewnie.
- Ale ja uwielbiam ci pomagać kochanie.
- Tego już za wiele. – złożyła ręce na piersi w akcie desperacji. – Daj mi wreszcie spokój.
- Uwielbiam jak się denerwujesz. Masz wtedy taki słodki wyraz twarzy.
April już miała mu dołożyć, kiedy drzwi windy się otworzyły i Jack pociągnął ją w kierunku wyjścia na dach. Kate czekała już w umówionym miejscu.
- Widzę, że teraz pracujesz w parze. – uśmiechnęła się. – Uważaj, bo Merk może ci potrącić z pensji.
- Nie pracuje w żadnej parze. Masz już torbę i daj żyć. – April oddała Kate wiadomość i ruszyły w przeciwne strony.
- A ty masz u mnie przerąbane. Merk już na pewno wie i podzieli moją kasę.
- Słonko, pieniądze to nie wszystko. – odparł jak zawsze uśmiechnięty.
Znów zaszedł jej drogę i chwycił za ramiona.
- Dlaczego się mnie boisz? – zapytał patrząc jej głęboko w oczy.
- Nie boję się… Irytujesz mnie.
- Nie patrzysz mi w oczy… Więc się boisz. Ja nie gryzę. Opowiadają o mnie różne historie, ale jestem zwyczajnym facetem.
Dziewczyna nerwowo oblizała usta. „Dlaczego tak się wpatruje?”
„O co mu chodzi?”
Mężczyzna zastanowił się chwilę i pocałował ją. April otworzyła oczy ze zdziwienia. Jack naprawdę tam stał, z nią, i ją całował. Jego usta miały taki niesamowity smak. Po chwili rozpłynęła się i dała porwać tej przyjemności. Przymknęła oczy i zdawało się, że słyszy muzykę. Ale to było głośne bicie obu serc. Serc, które wiele przeszły, ale które mimo wszystko chciały zaznać szczęścia.
Jack muskał delikatnie górną i dolną wargę April. Dotykał ustami jej policzków, nosa i oczu. Na końcu uśmiechnął się i przytulił ją mocno. Dziewczyna poczuła jego wspaniały zapach i zakochała się w nim. Chciała pozostać w tej pozycji już na zawsze. Jej buntownicza natura ustąpiła, bo teraz miała przy sobie kogoś życzliwego, kogoś kto będzie ją chronił.



Opowiadanie zostało napisane - 1.02.2010r.



PS: Znów nie miałam za bardzo czasu naskrobać coś nowego. To opowiadanie pisałam jakiś czas po ukończeniu Mirror's Edge - gry, która bardzo mi się spodobała i utkwiła mi w głowie na długo. Pokochałam świat przedstawiony i chciałam niejako umieścić w nim siebie. 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Zagubiona








"Ak­ceptac­ja świata to dro­ga do za­gubienia się w nim."





Nad daleką, zagubioną na wielkim oceanie, wyspą rozbłysły pierwsze promienie słońca. Po niebie leniwo snuły się rozciągnięte, białe chmury dając od czasu do czasu trochę cienia. Gdyby spojrzeć w dół z lotu ptaka, ktoś mógłby dostrzec drobny punkcik na wyspie. Była nim piękna, młoda dziewczyna leżąca bez ruchu na gorącym piasku.

Morze otaczało plażę, spragnioną czystej wody. Kryształki piasku otulały ręce i nogi dziewczyny zatopionej w krainie snów. Delikatne promyki słońca dotknęły jej twarzy, po czym spokojnie przesunęły się na dalsze partie ciała. Była szczupłą, drobną dziewczyną o wspaniale wiśniowych włosach, które mieniły się w słońcu kolorami tęczy. Kosmyki opadały jej na ramiona i czoło, poruszane co jakiś czas, przez niesforny wiatr.

Malinowe usta poruszyły się łapczywie chwytając powietrze, a duże, błękitne oczy otworzyły się na świat. Słońce – jakby na złość – oślepiło ją, co dało najlepszy powód, by szybko stanąć na nogi. Jednak ciało początkowo odmówiło jej posłuszeństwa. Tak więc, usiadła podpierając się z tyłu wątłymi rękami. Piasek przylepiał się do jej rąk, nóg i ubrania, które i tak wyglądało nie najgorzej. Cienka, biała bluzeczka na ramiączkach była delikatnie zbrudzona piaskiem, a fioletowa spódniczka do kolan – zmoczona przez morze. Czarny pasek opinający ją w pasie wyglądał całkiem w porządku… Ale po chwili zauważyła, że nie ma butów. Po raz kolejny spróbowała wstać. Podkurczyła jedną nogę, potem drugą… trzymając rękami równowagę, stanęła prosto. Otrzepała się z piasku i rozejrzała dookoła. Musiał być wczesny ranek, bo słońce prażyło niesamowicie. Wokół plaża, trochę palm, w oddali było widać rozległą dżunglę. I jeszcze jakaś chatka niedaleko. No i oczywiście morze… Nie było widać żadnego lądu w pobliżu, ani statku.

Dziewczyna przygryzła wargi ze zdenerwowania. Nagle uświadomiła sobie pewną straszną rzecz…

„Kim ja jestem?” – szeptał głos w jej głowie.

Nie mogła sobie przypomnieć jak się nazywa, ani jak trafiła na tę wyspę. Słońce piekło coraz bardziej, a ona usilnie wytężała umysł w poszukiwaniu straconych kawałków. Podeszła bliżej morza, aby trochę się ochłodzić. Zanurzyła się w wodzie po kolana i rękami masowała sparzone miejsca.

„Skąd się tu wzięłam?” – pytała samą siebie.

„Jak się nazywam?”

Nogi zatapiały się w piasku pod wodą. Kiedy je wyciągała one znów tonęły… Postanowiła wyjść i schronić się tymczasowo w chatce, którą widziała nieopodal. Jednak nim się odwróciła zobaczyła na morzu coś zaskakującego. Na wodzie stał młody mężczyzna w białych włosach sięgających ramion i czarnym stroju. Miał delikatną, dziewczęcą twarz i przenikliwe, szare oczy. Uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę… Tak jakby chciał, aby za nim poszła. Tylko… ona nie umiała chodzić po wodzie… A przynajmniej nie pamiętała jak to się robi. Ręce zacisnęła i złożyła na piersi, nie wiedząc co począć z takim zjawiskiem. Może to było tylko przywidzenie? Z braku wody i nadmiaru słońca zaczęło jej po prostu odbijać.

Zamknęła oczy… A gdy znów je otworzyła mężczyzny już nie było. Jej delikatną buzię okrył płaszcz smutku. Oczy zaszkliły się, a umysł otoczyła mgła niewypowiedzianej rozpaczy. Dziewczyna wyciągnęła szczupłą dłoń przed siebie, mając nadzieję na powrót wizji. Jednak ona… nie wróciła.



Na granatowym niebie migotało tysiące gwiazd. Od czasu do czasu można było zauważyć spadające gwiazdy, bądź bliższe planety obracające się w swoich, nieznanych nikomu rytmach. Księżyc co rusz chował się za ciemną chmurką, jakby wstydząc się swego blasku. Morze – nieświadome ostatnich wydarzeń – spokojnie opływało piaski plaży. Odbijały się w nim wszystkie skarby nieba tak, że wydawały się małymi diamentami unoszącymi się na wodzie. Ten przecudowny widok ani na trochę nie rozświetlił twarzy dziewczyny siedzącej na piasku. W jej błękitnych oczach odbijał się blask migoczącego ognia na pobliskim ognisku. Do tej pory pamięć pozostała nieodzyskana. Czuła się jak niepotrzebna nikomu roślina; bez domu, ani bliskich, którzy by jej szukali. Czuła się tak jakby nie miała wcześniejszego życia… Umarła i narodziła się na nowo – bez przeszłości.

Jednak gdy tak wpatrywała się w rozbuchany ogień otworzyło się coś w rodzaju portalu. Z czarnej otchłani wynurzyła się postać… Dziewczyna wstała, by przyjrzeć się nieznajomemu.

- Kairi! To ty?! – odezwał się mężczyzna. Jednak stał w cieniu i nie było wiadomo jak wygląda. Zdaje się jednak, że znał dziewczynę.

Złożyła ręce na piersi… Bała się odezwać, bo nadal nie przypomniała sobie kim jest.

Mężczyzna stanął w blasku ognia… Był to ten sam, którego widziała wcześniej na morzu – białe włosy i przenikliwe, szare oczy.

- Kairi… Co się z Tobą dzieje?! Gdzie zniknęłaś po bitwie?

Zadawał tyle pytań, że już mieszało jej się w głowie. Stała wciąż niczym słup soli wpatrując się w mężczyznę. W końcu zebrała swoje myśli…

- Jak mnie nazwałeś? Chyba mnie z kimś pomyliłeś… - powiedziała przerażona.

Białowłosy podbiegł do niej, dotknął wątłych, spieczonych ramion i spojrzał wprost w jej duże, zdziwione oczy. Nie zobaczył w nich nic znajomego… Tak jakby w ciele znanej mu kobiety nie było dawnego ducha. Jej oczy były puste. Jakby wszystko co kiedyś znał rozwiało się jak za pomocą magicznej różdżki.

- Kairi… Nie przypominasz sobie kim jesteś? Kim ja jestem? Spójrz mi w oczy…

Dziewczyna spojrzała… I może faktycznie coś zobaczyła, ale nawet jeśli, to trwało mniej niż sekundę.

- Przykro mi… Ale wygląda na to, że straciłam pamięć. Jednak ty mnie znasz. Możesz mi powiedzieć kim jestem! – zawołała z nadzieją w głosie.

- W porządku… Ale tu nie jest teraz bezpiecznie. Wrócimy razem do naszej kryjówki i tam wszystko ci powiem. Nie obawiaj się kochanie. Może jak zobaczysz znajome kąty pamięć szybciej ci wróci. – uśmiechnął się.

Miał taki miły uśmiech. „Zaraz… Czy on powiedział ‘kochanie’?”

Nagle w jej umyśle pojawiły się migawki dawnych wspomnień. Jednak wszystko wyglądało jak potargane obrazy. Twarze obcych ludzi, uśmiechy, człowiek, który stał przed nią. Nic nie układało się w logiczną całość… Mimo to ucieszyła się, bo to oznaczało, że jej pamięć wraca.



Przechodząc przez portal przez ciało Kairi przeszedł lekki dreszczyk. Wszędzie było niebiesko, a wielka moc magiczna otaczała ich zewsząd. Tym razem nic jej się nie przypomniało… Portal wyrzucił parę w pokoju przypominającym dziuplę w drzewie… Ale o wiele większą. Było tu przytulnie. W rogu stało łóżko, obok stolik z lampką; niedaleko biurko, szafa i jakieś trzy regały książek.

- Chyba się nie pogniewasz, że teleportowałem nas do mojego pokoju? – mrugnął mężczyzna.

Uśmiechnęła się do niego.

- Dobrze się czujesz? Nigdy się do mnie tak nie uśmiechasz.

Kairi oblał czerwony rumieniec, więc szybko odwróciła się w kierunku książek, aby nic nie zauważył. Nie ukrywała przed sobą… że on bardzo jej się podoba. Był przystojny, uroczy i miał zniewalający uśmiech.

- Masz tu sporo książek.

- Tak… zbierałem je przez prawie całe moje życie. Książki nie łatwo zdobyć w naszym świecie. – zrobił smutną minę. – Naprawdę nic nie pamiętasz?

Kairi smutno potrząsnęła głową.

- No dobrze. W takim razie usiądź. Przyniosę coś do picia i wszystko ci opowiem.

O tak! Coś do picia! Dziewczyna dopiero teraz przypomniała sobie o swoim palącym pragnieniu.

Po dziesięciu minutach oboje siedzieli z sokiem mandarynkowym w dłoniach.

- A więc tak… Nazywasz się Kairi, czego już zdążyłaś się ode mnie dowiedzieć. Pochodzisz z małej miejscowości Narek w Północnych Krainach. Uczęszczałaś do szkoły, jednak szybko zauważyłaś, że jest w tobie coś niezwykłego. Magia… Zrezygnowałaś z nauki po pięciu latach i wyruszyłaś do większego miasta Minok, aby tam studiować magię. Miałaś szczęście, bo niemal od razu trafiłaś na wielkiego mistrza Van You, który wiele cię nauczył. Wściekłby się, gdyby dowiedział, że cała nauka poszła na marne, bo teraz nic nie pamiętasz.- mrugnął i oboje się uśmiechnęli.

- To nie jest przesądzone. Wierzę, że uda mi się wszystko przypomnieć.

- Na pewno. Po naukach u mistrza wyruszyłaś by szukać przygód… Niestety nie bardzo byłaś chętna o nich opowiadać, więc nic nie wiem o tym okresie Twojego życia. Wiem tylko, że mając 19 lat trafiłaś tutaj – do stolicy Północnych Krain – Gwiezdnych Bram.

- A jak się poznaliśmy?

- Och! Całkiem przypadkowo. Myślałaś, że nikt cię nie zauważy jak trochę poćwiczysz magię na opuszczonym wysypisku. Traf chciał, że ja tam też ćwiczyłem, ale walkę. No i trafiłaś mnie jedną ze swoich energetycznych kul. Nie powiem! Bolało bardzo – zaśmiał się. – Dlatego niezwłocznie chciałem ci oddać. Po krótkiej walce postanowiliśmy się sobie przedstawić.

- Zaraz, zaraz! A kto wygrał? – zapytała zaciekawiona.

- Ale, czy to teraz ważne…

- Przegrałeś?! – roześmiała się Kairi – Przegrałeś ze mną! Musiałam być niezła.

- Tak, śmiej się dowoli. Kiedyś się z Tobą policzę, zobaczysz. - mrugnął.

- To teraz powiedz coś o sobie.

- Nazywam się Kenji i przybyłem do miasta z Południowych Krain. Nie znałem swoich rodziców… Więc od małego tułałem się po świecie.

- Przykro mi.

- Tak czasem bywa. Pewnego dnia trafiłem do wioski, gdzie mieszkał starszy były oficer wojsk granicznych. Zaproponowałem mu moją pomoc w gospodarstwie za naukę walki bronią. Nie było łatwo go przekonać… Ale w końcu się udało. Byłem najlepszy w wiosce, a gdy wyruszyłem w świat stałem się najlepszy w świecie. Kiedy spotkałem ciebie… źle się działo. Mroczni ludzie wkroczyli na tereny Królestwa. Byli niepowstrzymani! Nosili czarne szaty, a pod nimi zdawało się oglądać pustkę. Nastały straszne czasy… Niszczyli wszystko co napotkali na drodze. Wioski, miasta; palili domy, mordowali dzieci, zatapiali statki… Nie było temu końca.

Kairi zrobiła zmartwioną minę. Nie sądziła, że jest tak źle.

- Królewskie oddziały były bezradne – kontynuował Kenji. – Nikt nie mógł pokonać mrocznego władcy. Każdy pomagał… kto tylko chciał i potrafił. Tak więc i my chcieliśmy pomóc. Stoczyliśmy razem wiele bitew. Ostatnio - tę najważniejszą z samym mrocznym władcą. Byliśmy bez szans… ale ty użyłaś całej swojej mocy, aby go unicestwić, chociaż wiedziałaś, że to może cię zabić. Właśnie po tym ciosie… zniknęłaś… i wraz z tobą władca. Wszyscy cieszyli się, że go pokonaliśmy, a ja… myślałem, że zginęłaś. Ale nie poddałem się. Szukałem wszędzie, po całym świecie. I w końcu cię znalazłem. Nie rozumiem tylko dlaczego wylądowałaś na wyspie, w dodatku z lukami w pamięci.

- Rozumiem wszystko co powiedziałeś… Chociaż wydaje mi się to szalone… i niemożliwe. Przykro mi, ale nadal nic nie pamiętam.

- W porządku Kairi – chwycił delikatnie jej dłoń. – Nie przejmuj się. Pamięć na pewno wkrótce wróci.

- Mogę jeszcze o coś zapytać?

- Oczywiście słonko.

Znów się zaczerwieniła.

- Czy my… byliśmy razem...? Wiesz… tak blisko… - nie mogła się wysłowić.

Kenji szeroko się uśmiechnął. Mógłby teraz wykorzystać sytuację i skłamać… Ale szanował ją i jej uczucia. Zawsze tak było.

- Nie. Chociaż bardzo tego żałuję…

Zasmuciło ją to trochę… bo Kenji bardzo się jej spodobał.

- A dlaczego nie jesteśmy parą?

Dziwnie zabrzmiało to pytanie – dla obojga.

Kenji wstał i przeszedł się po pokoju.

- Jeśli już koniecznie chcesz wiedzieć… To ty nie chciałaś ze mną być. Poczułem do ciebie falę gorących uczuć już pierwszego dnia. Jak tylko cię zobaczyłem. Ale kiedy wyznałem ci to, powiedziałaś, że nie możesz się angażować uczuciowo kiedy trwa wojna. Uszanowałem to i powiedziałem, że będę na ciebie czekać. Choćby wieczność.

Kairi się uśmiechnęła. Teraz nie miała zamiaru odpychać tego uczucia.

- Więc… co teraz będzie? Skoro zło zostało pokonane?

Kenji właściwie jeszcze się nad tym nie zastanawiał. Zrobił zamyśloną minę i podszedł do jednego z regałów. Sięgnął po dość grubą księgę, na której widniały tajemnicze znaki.

- Hmm… Pewnie wszystko wróci do normy. Ludzie odbudują Królestwo i będziemy starali się odzyskać dawne życia. Choć to już nie będzie takie proste. Po tym wszystkim co się wydarzyło.

Kairi patrzyła z zaciekawieniem na książkę w rękach mężczyzny.

- Co w niej jest?

Kenji nie odpowiedział… tylko podał jej książkę. Dziewczyna nic nie rozumiała ze znaków zapisanych w środku. Spojrzała z powrotem na mężczyznę robiąc oburzoną minę.

- Spójrz w głąb księgi – powiedział przyciszonym głosem.

A ona, nie rozumiejąc ani słowa wpatrywała się w wyrysowane koła i trójkąty. Nagle świat wokół niej rozmazał się i przeniosła się w inne miejsce. To był duży, biały pokój, w którym początkowo była tylko ona. Jednak za chwilę pojawił się ktoś jeszcze. Ktoś, kogo kojarzyła z twarzy, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć skąd go zna.

To był starszy mężczyzna z długą, siwą brodą. Miał zmarszczki wokół oczu, a długa, biała szata zlewała się z tłem.

- Kim jesteś? – zapytała w końcu.

- To nieistotne Kairi. Czy wiesz, dlaczego tu jesteś? – miał niski, zachrypnięty głos. Ale nie wahał się… Zupełnie jakby był robotem.

- Nie wiem… Kenji dał mi książkę i…

- Tak, to Kenji cię tu wysłał. Uznał pewnie, że tu otrzymasz wszelkie potrzebne odpowiedzi. Ale pytanie teraz… czy na pewno chcesz je usłyszeć?

- Tak.

Starzec zbliżył się do dziewczyny i objął ją. Do ucha szepnął:

- Już nigdy nie przypomnisz sobie przeszłości.

Dziewczyna chciała się odsunąć i spojrzeć z niedowierzaniem, ale staruszek mocno ją trzymał.

- Wiem, że to dla ciebie szok, ale nigdy się nie dowiesz co było przedtem. To cena jaką zapłaciłaś za unicestwienie Mrocznego Władcy. Wykorzystałaś swoją całą moc na pozbycie się zła i to przez tak ogromny wysiłek straciłaś pamięć i …magię. Uleciała z ciebie niczym poranna mgiełka. Teraz musisz się nauczyć żyć nowym życiem. Bez przeszłości… Tylko przyszłość.

Mężczyzna odsunął się od zapłakanej Kairi.

Nie wiedziała co sobie myśleć. Powinna się cieszyć, że pokonała wszelkie zło i dała nowe życie tysiącom ludzi. Ale czuła się jak pusty garnek.

Mężczyzna odszedł, a ona wróciła do świata rzeczywistego.

Kenji zobaczył, że dziewczyna płacze i chciał ją przytulić. Ale ona wyrwała się i wyszła na balkon. Tam usiadła i zapatrzyła się na morze. Po jej policzkach płynęły łzy. Kenji usiadł obok niej.

Po dłuższej chwili odezwała się…

- Kenji… Kocham Cię.

To był dla niego szok. Jednak było to miłe zaskoczenie. Miał ochotę wstać i ją wycałować.

- Chociaż umysł cię nie pamięta to serce tak. – spojrzała na niego i się uśmiechnęła. – Możemy teraz zacząć nowe życie. Zasłużyliśmy na to.



Oboje się uśmiechnęli. Dziewczyna delikatnie zbliżyła swoją dłoń do dłoni Kenji. A Kenji dotknął słodkich, malinowych ust Kairi. Była to najwspanialsza rzecz jaka się im przytrafiła w życiu. Najwspanialsze uczucie… Miłość.




Opowiadanie zostało napisane - 2.04.2010r.