niedziela, 2 listopada 2014

Moc niepowodzeń









"Człowiek nie jest stworzony do klęski. [...] Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać."

Ernest Hemingway




- I jak poszło? - zapytała ciemnowłosa dziewczyna w letniej sukience.
Skierowała to pytanie do innej młodej kobiety o smutnych, błękitnych oczach.
- Nie za dobrze. - odrzekła bez zastanowienia. Tak jakby sama próba była okraszona porażką. Od początku przeczuwała, że tak się stanie.
Kobieta o smutnych oczach usiadła obok drugiej. Obie spojrzały przez okno, w którym rozprzestrzeniał się najpiękniejszy dla nich widok. Spokojne morze, zielona trawa i delikatny, złoty piasek. Pogoda była słoneczna i napawała optymizmem. Chęcią życia i dawania z siebie wszystkiego.
Błękitnooka przeniosła wzrok z morza na okolicę, czyli budynek, w którym się obie znajdowały. To ona dawno temu znalazła to miejsce... i pokochała. Był opuszczony od wielu lat, ze ścian odpadał tynk, dawne odcienie farb straciły swój kolor. Podłogi składały się ze stert kamieni i popękanych płyt. Schody częściowo się zachowały - nadal można było wejść na pierwsze piętro - niestety wyżej stanowiły zagrożenie dla zdrowia i życia. Okna duże, też nadgryzł ząb czasu. Nie miały szyb, lub pozostały szczątki. Rozpadające się miejsce... Zupełnie jak życie błękitnookiej dziewczyny. Lubiła je jednak głównie dlatego, że wyobrażała sobie w nim bramę pomiędzy światami. Na zewnątrz mieliśmy raj; piękne plaże, morze, radośni ludzie. Tamten świat wdzierał się do opuszczonego budynku oknami chcąc zarazić to miejsce światłem. Jednak ono się broniło. Zachowało swój smutny stan czasu, który przeminął. Tutaj na pewno też kiedyś panowała radość i szczęście. Mury nadal je pamiętają. Ale ten świat jest inny od tego za oknem. I nigdy się już nie połączą w całość.
- Eh... Ile bym dała by zapomnieć wszystkie złe rzeczy, które wydarzyły się w moim życiu. Czuję, że byłabym szczęśliwsza.
Ciemnowłosa kobieta spojrzała na koleżankę z niezrozumieniem.
- Myślisz, że wtedy nie popełniałabyś błędów?
- Nawet jeśli to mogłabym o nich wszystkich zapomnieć. Po co rozpamiętywać stare dzieje, stare krzywdy, wszelkie upadki i porażki... - powiedziała z rozmarzeniem.
- Chociażby dlatego, żebyś nie popełniała ponownie tych samych błędów. To co jest porażką daje nam bardzo ważną lekcję...
- Jaką? Życie daje ci po dupie i czasem nic tego nie zmieni.
- Pozwól, że podam ci przykład. Człowiek chwyci gorący rondel stojący na piecu. Oparzy się. Owszem, będzie cierpiał, ręka będzie go bolała... Może nie będzie mógł przez jakiś czas wykonywać swojej pracy... A może przez ten wypadek uniemożliwi sobie spotkanie z przyjaciółmi... Pojawi się wiele negatywnych skutków. Jednak to doświadczenie i pamięć nauczy go, że następnym razem włoży rękawicę zanim sięgnie po rondel. - opowiadała z przekonaniem. Jakby to było oczywiste od zawsze. - Każde doświadczenie nas czegoś uczy. Upadniesz to się podnosisz i idziesz dalej, zapamiętując by patrzeć pod nogi... Odnosisz porażki w szkole lub pracy - zapamiętujesz je i starasz się poprawić. Każda droga prowadzi nas cierniową ścieżką, pełną niepowodzeń, porażek, upadków. Czasem zdarza się, że spotkamy na niej dobrą duszę, która również z bagażem doświadczeń postanowi przyłączyć się do naszej wędrówki. Przyjaciele podnoszą się nawzajem ilekroć się potkną i wspierają na swoich ramionach. Ale ważne jest by zapamiętać swoją ścieżkę i błędy. Nikt tak nie nauczy nas żyć jak właśnie my sami. Jeśli wymażesz to wszystko , to jakbyś wymazała całe swoje życie. I jaka satysfakcja z niego będzie jeśli przejdziesz je gładko? Bez tych upadków i porażek? Na koniec może powiesz - Tak, fajnie. Udało mi się i jestem na końcu drogi. A nie lepiej by było - Było ciężko, wielokrotnie miałam ochotę się poddać, ale jednak podnosiłam się. Jeśli nie o własnych siłach, to z pomocą przyjaciół. Nauczyłam się jak żyć dobrze, jak pracować dobrze, jak dawać z siebie to co najlepsze. I to wszystko dzięki porażkom.
Błękitnooka się rozpłakała i pociągnęła nosem.
- Więc... porażki to taki nasz przyjaciel? - zapytała z uśmiechem.
- Tak kochana. Nikt nie żyje idealnie, bo człowiek nie jest ideałem. - również odparła z uśmiechem. - A teraz zapamiętaj dzisiejszą lekcję, bo na pewno przyda ci się w dalszej drodze. Jeśli zapomnisz to ja ci przypomnę.
- Kocham cię!
Kobiety przytuliły się i ponownie spojrzały w stronę raju.




Opowiadanie zostało napisane - 23.10.2014r.

niedziela, 5 października 2014

Inspiracja


Dziś ponownie opowiadanie stworzone całkiem niedawno ;). Co ciekawe zainspirowała mnie do jego napisania praca innego człowieka (nie pisana) i dała dużo do myślenia. Mam nadzieję, że przekażę te odczucia dalej i nigdy nie opuści Was inspiracja - i że zawsze ją zauważycie :).







"Inspiracja przychodzi każdego dnia. Wystarczy ją po prostu zauważyć."

Anonim




Młody mężczyzna siedział tam gdzie zawsze. Na małym murku przed fontanną obserwując spacerujących ludzi. Lubił to robić kiedy szukał inspiracji. W ręku trzymał naruszony zębem czasu notatnik i zwykłe, szare pióro. W kieszeni czarnego płaszcza chował jeszcze różnej wielkości ołówki i szczątki gumki do gumowania.
Po chwili zauważył, że nie patrzy już na ludzi tylko w przestrzeń daleko za nimi. Za barierką, która okalała fontannę, za rzeką, za wysokimi drapaczami chmur widocznymi z daleka. Pogoda nie nastrajała do niczego. Było ponuro, brzydko, co jakiś czas kropił lekki deszcz. Wielkimi krokami zbliżała się jesień, a młody mężczyzna nadal nie miał żadnego pomysłu.
Puste kartki notatnika śmiały mu się w twarz, a on był bezradny. Jak dziecko we mgle.
Zamknął go, żeby nie musieć patrzeć na tę pustkę. Czuł, że otacza go otchłań, a wokół krążą bez celu cienie. Dawny świat pewnie już zaginął w czeluściach kosmosu, a on został sam. Zupełnie sam.
Nagle jego wzrok przykuła pewna młoda kobieta zbierająca coś na ziemi niedaleko fontanny. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że jest zupełnie zwyczajna; miała kasztanowe, długie włosy splecione w warkocz, była dość szczupła, a jej twarz wyglądała na zapracowaną. Była jedna rzecz, która nie do końca mu pasowała do ponurego obrazka otoczenia... Kobieta była ubrana w lekką, białą sukienkę - taką jaką nosi się latem, kiedy spotyka z przyjaciółmi w słonecznym parku, albo kiedy wybiera się na wycieczkę poza miasto. Sukienka była zwiewna, lecz nie przezroczysta, deszcz jej nie zmoczył, a kobieta wydawała się nie zwracać uwagi na pogodę. Zupełnie jakby nie było jej zimno.
Przez chwilę mężczyzna sądził, że widzi ducha... Że tak długo szukał inspiracji, aż zwariował. Postanowił się o tym przekonać i podszedł do kobiety.
- Dzień dobry pani. Mógłbym wiedzieć co pani robi w tak ponury dzień? - grzecznie się przywitał. A przynajmniej miał taką nadzieję, że to było grzeczne. Nie chciał jej wystraszyć, ale i tak lekko drgnęła na jego słowa.
- Przepraszam, ale... - widać, że się zmieszała. Przewracała oczami i schowała coś za plecami. - Cóż... Nie robię nic niezwykłego. Zbieram... różne rzeczy...
- Niech mi pani wybaczy śmiałość, ale jest tak zimno na dworze. Może zgubiła się pani? Może mógłbym jakoś pomóc? - zapytał z troską.
- Nie, to nie to. I.. nie jest mi zimno. To miło, że pan pyta, ale chciałabym wrócić do pracy. - nerwowo założyła uwolniony kosmyk włosów za ucho.
Mężczyznę bardzo zdziwiło zachowanie kobiety, a do tego zauważył, że ludzie wokół zaczęli mu się dziwnie przyglądać. Chociaż może przyglądali się jej, że jest tak letnio ubrana.
- Przepraszam, że nalegam, ale mogę spytać o pani imię?
Uśmiechnęła się.
- Nie zrezygnuje pan, prawda?
Czyżby teraz chciała mu wyjawić swój sekret? Powiedzieć dlaczego tutaj jest, zbierając coś z ziemi, ubrana w letnią sukienkę? Może faktycznie była duchem.
- Dobrze... Powiem panu co tutaj robię. Usiądźmy na murku.
To było zastanawiające. Czuł, że dziewczyna może stać się inspiracją, której tak długo szukał i nie mógł się doczekać wyjawienia sekretów.

- Nie jestem w stanie wytłumaczyć panu kim dokładnie jestem lub jak się nazywam. Możemy uznać, że jestem Opiekunką Inspiracji.
- Opiekunką? Nie rozumiem. Żarty sobie ze mnie pani robi... - taaak... każdy normalny człowiek o zdrowych zmysłach powiedziałby, że ta pani zwyczajnie zwariowała. Być może jest chora i musi być odwieziona do szpitala? Może tak powinien uczynić? Więc dlaczego siedział tam, patrzył na nią i nic nie zrobił? Może dlatego, że faktycznie nie było jej zimno, podczas gdy on się trząsł nawet mimo ubranego płaszcza. Nie miała gęsiej skórki, nie szczękała zębami, miała zdrowy kolor skóry. I uśmiechała się do niego.
- Zdaję sobie sprawę, że wy ludzie jesteście zazwyczaj sceptykami. Rzadko wierzycie w coś, co wykracza poza ustalone przez was samych ramy. Jednak istnieją na tym świecie rzeczy, których nie da się udowodnić, ani zamknąć w prawach fizyki. Jedną z tych rzeczy jestem ja. Dowodem na to, że jest pan w stanie chociaż dopuścić taką możliwość jest fakt, że jako jedyny mnie widzi.
Mężczyzna rozejrzał się wokół. To dlatego ludzie tak dziwnie na niego spoglądali... Myśleli pewnie, że zwariował. Rozmawia sam ze sobą, albo z jakimś wymyślonym przyjacielem. Zastanawiał się czy czasem nie jest tak naprawdę i wystraszył się tej myśli.
- Może jestem przemęczony, w końcu ostatnio usilnie próbowałem pracować, a nic mi z tego nie wychodziło. Możliwe, że rozmawiam sam ze sobą. - powiedział na głos, chociaż wydawało mu się, że tylko myśli.
- Tak naprawdę cokolwiek powiem możesz w to nie uwierzyć. Nie jestem w stanie udowodnić ci, że jestem prawdziwa. Masz teraz wybór. Możesz mnie wysłuchać, lub pozwolić mi odejść.
Mężczyzna pomyślał, że nie ma wiele do stracenia. Nawet jeśli to jego własna podświadomość podsunęła mu obraz kobiety to i tak warto byłoby jej wysłuchać. Może próbuje mu podsunąć też inspirację, której tak rozpaczliwie szukał.
- Dobrze. Opowiedz mi więc o sobie.
Kobieta uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się iskierki.
- Jak już mówiłam, jestem Opiekunką Inspiracji. Codziennie każdemu człowiekowi wpada do głowy pomysł, coś unikalnego i wyjątkowego - mówiąc to spoglądała do góry, a palec wskazujący przytknęła do głowy. - Co więcej, powiedziałabym, że tych pomysłów na dzień są tysiące! Czasem ludzie nawet nie zauważają, że on przychodzi, bo zaraz zaczynają myśleć o bardziej przyziemnych sprawach. Bardzo często rezygnują ze swoich kreatywnych pomysłów. Nie chcą, albo nie potrafią ich spełnić. Pogrążają się w smutku. - Kiedy o tym mówiła i ona posmutniała.
- Dlaczego to robią? - zapytał, chociaż wydawało mu się, że zna odpowiedź.
- Ludzie są więźniami rzeczywistości. Więzi ich życie, które sami sobie zaplanowali. Więżą ich role, które muszą spełniać, ponieważ tego świat od nich oczekuje. Kreatywne pomysły są więc tylko chwilą relaksu, zapomnienia, ucieczki od rzeczywistości. Kiedy nie są potrzebne, są porzucane.
- Ale przecież są tacy, którzy wykorzystują swoje pomysły, prawda?
- Oczywiście, że tak! - roześmiała się. - Wielu malarzy, pisarzy, czy poetów bardzo często korzysta z inspiracji. Ale nie tylko oni! Także zwykli ludzie marzący o wielkich podróżach, skokach na bungee, czy ratowaniu ludzkiego życia. Każdy ma możliwość wykorzystania inspiracji. Trzeba tylko chcieć.
- Nie wydaje mi się to takie proste. - Powiedział zmartwiony. - Ja od wielu tygodni próbuję napisać książkę, ale utknąłem w martwym punkcie i nie potrafię ruszyć dalej. Żaden pomysł nawet nie zaiskrzył mi w głowie.
Spojrzała mu w oczy.
- Mówiłam ci, że pomysły przychodzą każdego dnia i że przychodzi ich dużo! - rzuciła prawie gniewnie, po czym złagodniała. - Mówiłam też, że ludzie często ich nie zauważają. Wyrzuciłeś większość inspiracji i zapomniałeś.
- No dobrze, nie chcę się kłócić. Możesz powiedzieć mi w takim razie, co zbierałaś tam przy fontannie?
- Jestem Opiekunką, więc zbierałam inspiracje innych ludzi. Sądziłam, że to oczywiste.
- Jak to... zbierałaś inspiracje?
Kobieta przewróciła oczami i pokazała mu mały słoiczek przewiązany sznurkiem. Znajdowały się w nim małe, białe kuleczki, które w środku mieniły się kolorami. Delikatnie wyjęła jedną z nich, aby pokazać mężczyźnie.
- To jest to? - zapytał i nagle zauważył, że całe mnóstwo białych kuleczek rozsypanych było po murkach, chodnikach, schodach i przy fontannie... Gdzie tylko byli ludzie.
- Dlaczego to zbierasz?
- Muszę się nimi zaopiekować, ponieważ to wszystko bardzo ważne pomysły! Bardzo piękne i szkoda by było jakby zostały zapomniane.
- Co później z nimi robisz?
Uśmiechnęła się i spojrzała w głąb trzymanej kulki.
- Odnajduję ludzi, którzy je porzucili, a chcieliby je odzyskać i ponownie wrzucam do ich głów. Nie zawsze jednak ludzie pragną ich z powrotem. Wtedy odnajduję innych, odpowiednich, którzy chętnie je przyjmą. Jeszcze nigdy żaden pomysł nie został bezpowrotnie stracony.
- Wszystko dzięki tobie. - uśmiechnął się.
I ona również.
- Właściwie tak.

Ponownie zaczęło kropić, a mężczyzna poczuł, że powinien wracać do domu. Wystarczająco dużo czasu przesiedział w tym zimnie.
- Muszę już wracać. Spotkamy się jeszcze? - Zapytał bardziej z przyzwyczajenia. Wolał jednak zostać przy zdrowych zmysłach nawet jeśli miał nie odzyskać inspiracji.
- To raczej nie będzie konieczne. Zanim pójdziesz, chciałabym dać ci prezent.
Kobieta wyjęła kulkę z samego dna słoiczka. Mieniła się odcieniami szarości, brązu i błękitu.
- Proszę - wyciągnęła dłoń uśmiechając się.
- Czyj to pomysł?
- Twój, głuptasie! - zażartowała. - To inspiracja, która wielokrotnie pukała do twych drzwi, jednak za każdym razem ją wyrzucałeś. A jest naprawdę dobra! Myślę, że powstałaby z tego wspaniała książka. - uśmiechnęła się ponownie. - Jeszcze jedna rada. Wykorzystuj pomysły, nawet jeśli nie jesteś do nich przekonany. Zawsze warto spróbować, najwyżej coś się nie uda. Przynajmniej będziesz wiedział, że próbowałeś.
- Dziękuję. - odrzekł przemieszczając kulkę w dłoni. Kiedy spojrzał w górę, kobiety już nie było. - Powodzenia, Opiekunko Inspiracji - rzekł w powietrze i ruszył w kierunku domu.




Opowiadanie zostało napisane - 3.10.2014r.

czwartek, 25 września 2014

Międzygalaktyczna Miłość cz. 1


Po długim czasie nieobecności wracam z kolejną notatką, kolejnym opowiadaniem. Trwało to tyle, ponieważ przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć weny, nie miałam ochoty aby pisać. Na szczęście wróciła i mogę dalej tworzyć :).
Opowiadanie, które chcę Wam dzisiaj przedstawić jest umiejscowione w uniwersum Mass Effect - gry komputerowej, której świat głęboko zapadł mi w pamięć. Niektóre miejsca i postaci są zaciągnięte właśnie z tej gry, a niektóre wymyślone. 
Miłego czytania! :)










"Garrus Vakarian: Za te wszystkie razy, kiedy to ja wyciągałem cię z pożaru. Noveria, Feros, Ilos... Niezłą mieliśmy jazdę, co, Shepard?
Shepard: W takich chwilach wiesz, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. To nie ten, który biega dookoła, szukając drogi ucieczki. To ten, który stoi u twojego boku na dobre i na złe i nigdy cię nie opuści. Mam szczęście, mogąc powiedzieć, że znam taką osobę.
Garrus Vakarian: Ja też. (Po chwili): Chyba mi się teraz nie oświadczysz, co?"
Mass Effect 3




Był ciepły, sierpniowy poranek, który zapowiadał, że być może w życiu Alice coś się odmieni i zacznie nowe życie. Wybrała do tego celu miejsce idealne - z dala od rodziny i tej reszty znajomych, których tak naprawdę nie obchodziła. Miejsce tętniące życiem, w którym można było posłuchać wielu ciekawych historii o przygodach. Przygody... tak. Coś co sprawiało, że jej serce mocniej biło, ale nigdy nie chciała w żadnej brać udziału. Jej dziwna osobowość sprawiła, że wszelkie przygody omijały ją szerokim łukiem. Tak samo - nigdy nie miała okazji przekonać się czym naprawdę jest miłość - mimo, że nie była wcale brzydką kobietą, czy mało inteligentną. Była przeciętna. Przeciętna przeciętność. Miała długie, ciemne włosy, zgrabną sylwetkę - nie za grubą, nie za chudą - i zielone, kocie oczy. Można by było nawet powiedzieć, że ktoś mógłby się w nich zakochać, ale niestety nadmiaru mężczyzn nie spotkała w życiu, a już zwłaszcza takich, którzy uznaliby jej oczy chociaż za ładne.
Ubierała się też raczej przeciętnie, w barwy niebieskie, szare lub czarne - czasem przemycając nieco koloru w dodatkach.
Tak więc ona - totalna przeciętność w miejscu, w którym skupiał się cały wszechświat. Tak - znalazła swoje miejsce na Cytadeli. Uciekła ze znajomej Ziemi, która nie miała jej nic do zaoferowania i myślała, że już nigdy tam nie wróci.
Obecnie rozmyślała o tym wszystkim siedząc wygodnie w jednej z kawiarenek i obserwowała jak płynie życie ludzi i innych międzygalaktycznych ras. Popijała napój energetyczny i zaczęła przerzucać myśli na inne tory. Miała ochotę zwiedzić okolicę, zobaczyć co ciekawsze miejsca, ale kompletnie nie wiedziała od czego zacząć. Wokół kręciło się mnóstwo uliczek, jedne wchodziły w budynki i nie zauważyła z nich wyjścia, inne - spiralnie prowadziły na wyższe piętra miasta i rozdzielały się na wiele pomniejszych. Wszędzie było czysto... biało... a wieżowce sięgały nieba. Niedaleko miejsca, w którym siedziała znajdował się mały basen z fontannami i wielkim posągiem przypominającym kroganina - jednego z przedstawicieli ras wszechświata. Kilka stolików dalej siedział też pewien turianin - miał podłużną twarz i coś co przypominało grzebień z tyłu głowy. Małe oczy wpatrywały się w elektroniczny notatnik, który oświetlał go niebieskim światłem. Turianie - jak wiele innych ras - bardzo przypominali ludzi - mieli głowę, dwoje oczu, dwie ręce i dwie nogi.. W dodatku byli symetryczni. Jednak to raczej wszystko co mogło ich łączyć z gatunkiem Alice - a przynajmniej tak jej się wydawało.
Turianie zazwyczaj byli szczupli - i to bardzo. Czasem miało się wrażenie, że żołądek mają na plecach - głównie dlatego, że posiadali spory garb. Taka była ich uroda.
Ten jeden konkretny, któremu się przyglądała Alice był podobny do innych, ale jednak było w nim coś wyjątkowego. Miał na sobie fioletowo-szary pancerz, a jego twarz mimo, że zapracowana - sprawiała wrażenie łagodnej i miłej.
Nagle turianin podniósł wzrok znad notatek, aby spokojnie napić się kawy - czy innego dziwnego napoju - i zauważył, że dziewczyna mu się przygląda. Alice spuściła wzrok zawstydzona. Nie sądziła, że patrzyła na niego tak długo.
W tej chwili zrodziła się u dziewczyny szalona myśl. Myśl o przygodzie, na którą nigdy nie była gotowa. Jednak - czy ta przygoda nie rozpoczęła się w chwili gdy wystawiła walizki za drzwi i oznajmiła, że się wyprowadza? Może wtedy niepostrzeżenie zgodziła się na zrobienie czegoś, czego się po sobie nie spodziewała. Dlaczego więc nie pociągnąć teraz tej myśli i chęci?
Kiedy tylko dopuściła taką możliwość - serce zaczęło jej mocniej bić. Po chwili biło już jak szalone i niemalże wyskoczyło z piersi. Wzięła głęboki wdech, wstała i powoli ruszyła w kierunku zatopionego w pracy turianina. Nie wiedziała czego się spodziewać - nie tylko dlatego, że był to dla niej ktoś zupełnie obcy, ale też dlatego, że wcześniej nie miała do czynienia z innymi rasami. Miała szczerą nadzieję, że jej ocena okaże się słuszna i faktycznie będzie dla niej miły.
- Em... Przepraszam - powiedziała nieśmiało... ale chyba też i za cicho. - Przepraszam - prawie krzyknęła.
- Tak, słyszę panią. - Odwrócił się i uśmiechnął, a przynajmniej wydawało jej się, że to jest uśmiech. - Czy mogę w czymś pomóc?
- Em.. Tak, właściwie to bardzo przydałaby mi się pańska pomoc. - Nerwowo założyła kosmyk włosów za ucho. - Czy mogę się dosiąść?
- Tak, proszę. - Turianin wstał i odsunął jej krzesło. "Łał, nawet dżentelmen." - pomyślała i starała się uśmiechnąć tak bardzo uroczo jak tylko potrafiła.
Schował swoje elektroniczne notatki i utkwił wzrok w jej zielonych oczach. Wyglądało to tak, jakby miał rzucić komplement na ich temat, ale albo był nieśmiały, albo uznał, że nie wypada.
Po tej niezręcznej chwili Alice wyciągnęła notatki i mapy dotyczące Cytadeli.
- Tak w ogóle, to nazywam się Alice. - podała mu rękę, chociaż nie wiedziała, czy zrozumie gest przywitania.
- Ja jestem Garrus. Garrus Vakarian. - zrozumiał gest. Miał chyba do czynienia z ludźmi więcej niż ona z obcymi.
- Przepraszam, ale jest pan pierwszym turianinem jakiego spotykam. Właściwie to pierwszym obcym... Tzn, kimś z innej rasy. Jej, mam nadzieję, że to głupio nie zabrzmiało.
- Spokojnie. Nie zamierzam pani zjeść - zaśmiał się. Miał taki ciekawy ton głosu. Zupełnie inny niż ludzcy mężczyźni, ale jednocześnie taki miły i ciepły.
- Cieszę się - uśmiechnęła się razem z nim. - Chodziło mi o to, że niestety nie wiem jak witają się turianie, dlatego samolubnie wyciągnęłam rękę. Także, przepraszam.
- Nie ma problemu. Ale to miło, że pani o tym pomyślała.
Ponownie nastąpiła chwila ciszy, ponieważ Alice zapatrzyła się na nowego znajomego. Sama nie rozumiała do końca dlaczego - być może była zaintrygowana pierwszym spotkaniem z zupełnie inną kulturą, a jednocześnie tak podobną.
- Chciała pani, żebym jej w czymś pomógł? - ponaglił Garrus.
Dziewczyna obudziła się z letargu.
- Ach tak! O czym ja myślałam... Chodzi o to, że niedawno przeprowadziłam się na Cytadelę, wcześniej mieszkałam na Ziemi i kompletnie nic nie wiem o tym miejscu. Przydałby mi się ktoś, kto podsunąłby mi kilka wskazówek co mogę robić, a co nie. Co wypada, a co wręcz przeciwnie... I przy okazji chciałabym zobaczyć kilka miejsc wartych uwagi. Pan wyglądał na takiego, który się orientuje, ale jeśli nie, albo nie ma pan czasu to oczywiście zrozumiem. I.. i.. wiem, że może nie powinnam prosić obcego... znaczy, obcą osobę o to, ale... nikogo tu nie znam... - zużyła na tę wypowiedź chyba cały zapas powietrza, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Nie miała pojęcia jak zareaguje, ale czuła, że nawet jeśli nie będzie miał ochoty to przynajmniej grzecznie odmówi.
Garrus najpierw się zdziwił, a potem uśmiechnął - tak jakby zaskoczył go jej pomysł.
- Cóż... Nie jestem przewodnikiem... Mogłaby pani skorzystać chociażby z wirtualnej inteligencji, czyli Aviny.
- Nnno.. tak, ja wiem... Ale WI to nie to samo co żywa istota. Fajnie jest też kogoś poznać w nowym miejscu.
- Ma pani rację. Dobrze! Mam kilka godzin wolnej przepustki jeszcze, więc chodźmy!
Alice nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Ostatni raz kiedy ktoś przyznał jej rację to było za czasów szkoły podstawowej. Rysowała na zajęciach razem z innymi zwierzątka. Jej praca wyszła paskudnie i sama o tym dobrze wiedziała. Kiedy powiedziała to nauczycielce, ona stwierdziła, że ma rację - praca jest brzydka. Potem całe życie utwierdzano ją w przekonaniu, że w niczym nie ma racji.
Ucieszyła się tak bardzo, że prawie uwiesiła się Garrusowi na szyi, ale na szczęście opanowała się w ostatniej chwili.

- Skoro spędzimy ze sobą trochę czasu to proponuję, byśmy mówili sobie po imieniu. Jeśli nie masz nic przeciwko - zaproponował.
- Nie mam. Tak będzie o wiele wygodniej.
Turianin i człowiek - przechadzali się razem po czystych chodnikach nowoczesnego miasta. Taki widok był niestety dość rzadki, zważywszy na wojnę pomiędzy tymi dwoma gatunkami, która rozegrała się parędziesiąt lat wcześniej. Sam fakt jej zaistnienia nie był najgorszy. Najtrudniejsze do zaakceptowania dla tych, którzy przeżyli - było to, że wiele osób zapomniało o tym jaka brutalna była. Jak wiele istnień zabrała ze sobą. Jak bardzo spustoszyła oba światy. Ludzie, którzy przetrwali starali się często przypominać o tym dlaczego inni nie powinni przyjaźnić się z turianami. Organizowali protesty, konferencje, rozmowy na forum. Wielu ulegało sugestii, a ponieważ ludzie są z natury bardzo emocjonalni często kończyło się to szydzeniem z turian, albo co gorsza bijatykami.
Alice miała jednak otwarty umysł. Starała się nie dać manipulować i najpierw kogoś poznać zanim go osądzi. Poza tym w Garrusie było coś wyjątkowego, czego nie rozumiała, a co bardzo ją intrygowało.
- Wiesz... Zdziwiłem się, że w ogóle to do mnie podeszłaś. Co prawda świat powoli się zmienia i spotkałem wielu miłych dla mnie ludzi, ale nadal są tacy, którzy nie lubią bratać się  z turianami. - rzekł ucieszony.
Dziewczyna już miała otworzyć usta by odpowiedzieć, ale to co miała na myśli nie było odpowiednie do wypowiedzenia na głos. Nie chciała go zrazić, ani przestraszyć.
- Daję innym dość duży kredyt zaufania na początku. - odpowiedziała. - Może to niezbyt dobre podejście, ale wierzę, że w każdym jest odrobina dobra. W niektórych osobach nawet więcej niż odrobina. I tego lubię się trzymać.
Garrus spojrzał na nią urzeczony.
- Jesteś bardzo optymistyczną osobą Alice. Miło mi to słyszeć. Dobrze, więc pokażę ci teraz parę takich miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć na Cytadeli.
Oboje się uśmiechnęli.
Przemierzyli razem całkiem spory kawałek miasta. Garrus zabrał ją nad szmaragdowe jezioro z pomnikami wokół upamiętniającymi wielkie wydarzenia. Pokazał Wieżę Cytadeli, gdzie obradowały mądre umysły galaktyki. Przynajmniej w teorii tak ma być. Byli również obejrzeć podniebne boiska sportowe umieszczone niemalże w przestrzeni kosmicznej. Każde było zamknięte w wielkiej bańce, w której działała grawitacja. Dzięki temu można było zaoszczędzić wiele miejsca, zwłaszcza że sama Cytadela nie była duża. Zajrzeli też do dzielnicy sklepowej. Garrus sądził, że Alice jak większość kobiet lubi zakupy. I nie mylił się...
- Aaaaa! Jakie słodkie małe, holograficzne kotki! - krzyknęła wpadając w euforię. - Nie uważasz, że są absolutnie przeurocze?
Turianin się roześmiał. Chciał powiedzieć, że ona w tym momencie była bardziej urocza niż te kotki, ale obawiał się, że może to ją odstraszyć. To było niesamowite. Dziewczyna sprawiła, że przez te parę godzin zupełnie zapomniał o pracy. Cieszył się dniem, prostymi rzeczami. Dawno już tego nie odczuwał.
- O tak. Prześliczne. Chodź, pokażę ci jakie zwierzęta my turianie trzymamy w domach.
Zaintrygowana podreptała za nim. Miała nadzieję, że to równie coś słodkiego, ale oczywiście nic nie mogło przebić kotków.
- O proszę! - Garrus wziął do ręki obraz holograficzny przedstawiający małego stworka z dużą głową, na której mieściło się czworo oczu. Oprócz dziwnego kształtu miał cztery łapy, więc przypominał takiego bardziej dziwnego psa.
Alice się roześmiała.
- Wygląda super!
- Niech cię nie zmyli wygląd. To zwierzę bojowe! - przejął się Garrus.
- Jak to bojowe? To małe, słodkie cudo?
- Owszem! Ma kły jak brzytwy, a biega szybciej niż błyskawica. Bardzo często jest wykorzystywany w momencie, kiedy jesteśmy otoczeni przez wroga. Nikt się nie spostrzeże, a te stworzonka są w stanie przetrzebić pół armii. Mówię ci! Najlepsze zwierzątka we wszechświecie! - mówił to z takim przejęciem. Dziewczyna zdążyła już zauważyć mimo tej krótkiej znajomości, że Garrus to przede wszystkim wojskowy. Dużo mówił o szkoleniach, o tym jak turianie od najmłodszych lat są zaciągani do wojska, uczeni dyscypliny, strategii. Taka była ich natura i nikt się nie sprzeciwiał.
W pewnym sensie pociągała ją ta pasja. To coś, czego sama nigdy nie czuła. Parała się wieloma zajęciami, szukając takiego, które mogłaby wykonywać z zaangażowaniem, ale jeszcze się jej nie udało.
Razem spędzili dużo czasu - na tyle, że zaczął zapadać zmrok.
- Chodź ze mną. Chciałbym pokazać ci jeszcze coś. Najpiękniejsze miejsce na Cytadeli. - Zawołał ucieszony.
Wjechali dużą, sterylną windą na samą górę ramion miasta. Na najwyższy punkt, na który można się dostać będąc cywilem. Ścieżki były tam okryte szkłem, jak w bańce, gdyż na tym poziomie było już ciężko oddychać. Garrus chwycił Alice za rękę, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie, i pognał w kierunku większego placu. Stało na nim tylko kilka ławek i mała roślinność, ponieważ to co najważniejsze było w górze.
Turianin wskazał palcem, a dziewczyna oniemiała. Wokół nich była cała galaktyka, gwiazdy przemykały po niebie, mgławice rozpływały się, a planety kręciły własnym, powolnym tempem. Niebieskie, pomarańczowe, złote - kolorowe... Odcienie zieleni mieszały się z błękitem, a wielkie gazowce unosiły się tańcząc w przestrzeni. Coś niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju. Alice się wzruszyła.
- Co się stało? Czemu płaczesz? - zapytał zaniepokojony.
- Och to nic... Po prostu tu jest tak... pięknie! - zaśmiała się. - Aż nie wiem co powiedzieć.
- Cóż, wyprawa była niesamowita. To i wielki finał powinien być. - również się zaśmiał i zaczął gorączkowo przeszukiwać kieszenie.
- Powinnaś mieć też pamiątkę z tej.. przygody - powiedział, po czym wyciągnął małą, holograficzną figurkę.
Kiedy Alice usłyszała "przygoda" pomyślała, że to idealne określenie. Spędziła czas z inną osobą pierwszy raz - nie męcząc się przy tym. Nie wyliczając czasu, nie wyczekując niecierpliwie końca. Nie spoglądała na zegarek, nie pogrążała się w innych myślach tylko udając, że słucha. Chłonęła nowy świat i nowego znajomego wszystkimi zmysłami i chciała, żeby to nigdy się nie skończyło. Zupełnie niezwykłe dla niej doświadczenie. A na koniec - on który zdobył się na miły gest i kupił jej pamiątkę. Zupełnie obcej osobie. Czuła, że musiała go czymś oczarować, albo chociaż równie miło mu się spędzało czas z nią.
- Teraz to naprawdę chcesz, żebym się popłakała. Kochany, holograficzny kotek. Bardzo ci dziękuję! - tym razem się nie powstrzymała i przytuliła się do Garrusa. Nieważne jak to zrozumie. Nieważne jak to odbierze. Łzy popłynęły jej po policzkach rzewnymi strumieniami.
- Cieszę się, że cię poznałam.
- Ja również. - odwzajemnił uścisk, chociaż to było dziwne. On i ludzka kobieta. W dodatku dopiero co poznana ludzka kobieta. Ale ona nie była zwyczajna. I nie była przeciętna. Wiedział, że ten dzień zapamięta na całe życie.



Opowiadanie zostało napisane - 25.09.2014r.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Sprinterka





"Różnymi drogami biegnie życie ludzkie, ale wszyscy szukają szczęścia i miłości."
Jan Paweł II 




Szybki bieg. Wyrównany oddech. Jeszcze przeskok przez barierkę, a potem skok na przeciwległy dach. Przewrót, żeby nie tracić pędu. I mogła się zatrzymać. Jej oczom ukazał się wspaniały widok. Stała właśnie na najwyższym budynku w mieście, podziwiając błyszczące na niebie gwiazdy. Uwielbiała biegać w nocy. To czas mniejszego zainteresowania policji sprinterami. A ona nie mogła rzucać się w oczy.
Przysiadła na krawędzi dachu czystego niczym pościel w pięciogwiazdkowym hotelu. W dole samochody ruszały się w ślimaczym tempie wydając odgłosy zniecierpliwienia. Wokół niej dużo było innych budynków, ale niższych niż ten, na którym siedziała. W niektórych oknach paliły się światła, przez co można było zobaczyć cienie postaci… ludzi, którzy tam mieszkali. Ale April to nie interesowało. Wolała patrzeć na gwiazdy, ludzie ją męczyli. Większość z nich, żyjących na dole, uważało to miasto za idealne. Warte tego, by za nie nawet zginąć. Bronić za wszelką cenę. April wiedziała, że to wszystko tylko manipulacja ze strony władz. Ludzie nade wszystko pragną władzy…
Jednak nie nad wszystkimi mieli władzę… I dla nich właśnie pracowała April.
Ciepły, letni wiatr rozwiał długie, kruczoczarne włosy dziewczyny. Wślizgnął się nawet pod koszulkę niczym nieproszony gość. Przywiał ze sobą jakiś miły, słodki zapach, przez co April zachciało się coś zjeść. Postanowiła wpaść po drodze do domu po jakąś pizzę i znów zaczęła biec.

- Cześć Merk, co dla mnie masz?
- A co ty tak wcześnie dzisiaj? – zapytał lekko zaspany.
Merk jak zwykle siedział przy komputerze nasłuchując policję. Nie mógł pozwolić, by któryś ze sprinterów natknął się na jakąś większą grupę. Na chwilę oderwał się od klawiatury i spojrzał na April.
- Coś kiepsko dzisiaj wyglądasz. Spałaś coś? – zapytał z troską w głosie.
- Właściwie to niewiele. Szukałam nowych gwiazdozbiorów. – odparła siadając na miękkiej, czerwonej kanapie.
- Dziewczyno, twoje hobby cię kiedyś wykończy.
- To jak? Masz dla mnie jakąś robotę?
- Oczywiście. Jak zawsze. – odrzekł z uśmiechem. – Mamy dostarczyć dziś wiadomość do Arlington Drive, ale ty dobiegniesz tylko do Stanton Avenue. Tam zmieni cię Kate. Wiem, że to dość spory kawałek, ale na pewno sobie poradzisz.
Merk wstał i udał się w róg pomieszczenia zabierając stamtąd potrzebne fanty.
- Tu masz torbę z wiadomością i słuchawkę. Odezwij się czasem, żebym wiedział czy żyjesz – nie tak jak ostatnio, ok?
- Ok, ok.
April przewiesiła sobie torbę przez ramię, a słuchawkę włożyła do ucha. Na dworze słychać było tylko wszechogarniającą ciszę. Lubiła zaczynać wcześnie rano. Niewielu ludzi się wtedy kręciło po mieście.
Smukła sylwetka dziewczyny odbiła się w dużych oknach wysokiego biurowca. Biegła po krawędzi – już nie pierwszy raz, ale za każdym razem trochę się bała. Nie, że spadnie, tylko że ją zauważą. Wbiegła na duży billboard reklamujący jakąś nową telefonię komórkową i odbiła się w kierunku czerwonego, wystającego dźwigu. Chwila niepewności… Przewrót i znów jest na stałym gruncie. Skok przez siatkę, wślizg pod jakimiś metalicznymi rurami i skok na kolejny biały budynek bez wyrazu. Torba zaczęła jej ciążyć. Musiała trochę zwolnić, ale nadal biegła dość szybko, żeby Merk się nie czepiał. Wyrównała oddech i pokonała kolejne kilka przecznic górą. Wbiegła do jakiegoś budynku, który obecnie był w remoncie i rozejrzała się wokół.
- Merk… Jak to wygląda? – pytała zdyszana.
- Gdzieś w okolicy powinno być wejście do szybów wentylacyjnych. Miło, że się w końcu odezwałaś. – zażartował.
April przebiegła przez pierwszy korytarz i znalazła się w większym pomieszczeniu. Nie było tam tak idealnie czysto, jak wszędzie. Pod oknami walały się zużyte do połowy puszki z farbą, niedaleko od nich znajdowały się połamane deski, a większość z przejść była zablokowana przez duże skrzynie. Wyglądało to tak, jakby nikt nie chciał dokończyć tego remontu.
Na szczęście April znalazła szyb wentylacyjny, do którego mogła się wślizgnąć. Kilka skoków w górę i już była na miejscu.
- W okolicy pojawiło się kilku gliniarzy, więc uważaj i nie rzucaj się w oczy. Jeśli cię zauważą musisz im uciec. – usłyszała głos w słuchawce.
Gliniarze… Nie cierpiała gliniarzy. Nigdy nie wiadomo kiedy zginie się od ich zbłądzonej kuli. Znała kiedyś sprintera, który chełpił się, że żaden gliniarz go nigdy nie dotknie, bo jest tak szybki. I faktycznie, jego szybkość i sprawność była niesamowita. Jednak w tym zawodzie trzeba być nie tylko szybkim i sprawnym, ale też mądrym i rozsądnym. Znajomy sprinter zginął w centrum handlowym „New Age”, bo wydawało mu się, że może ominąć sporą grupę gliniarzy do zadań specjalnych. Przedziurawili go jak ser szwajcarski. Merk chyba najbardziej przeżył jego śmierć.
April w końcu wydostała się z budynku na świeże powietrze. Zostało tylko parę przecznic do miejsca przekazania torby. Nagle na swojej drodze zauważyła innego sprintera. „Co on tu robi?” – zastanawiała się.
- Merk, co tu robi Jack? Ma jakieś zlecenie?
- Nic mi o tym nie wiadomo… Ale lepiej skup się na biegu. Nie chciałbym, żebyś stała się plamą na drodze.
- Spoko.
Kiedy spojrzała ponownie w kierunku, gdzie był Jack już go tam nie zauważyła… Za to wpadła na niego – dosłownie.
- Au! – krzyknęła. – Co ty wyrabiasz Jack?
- To jedyny sposób, żeby sprawić byś się do mnie przytuliła, słonko.
- Zwariowałeś…
Jack miewał głupie pomysły, mimo że był dość inteligentnym człowiekiem. Przyłączył się do sprinterów długo przed April i w dość niejasnych okolicznościach. Ktoś mówił, że Jack był kiedyś kieszonkowcem w metrze i miał na pieńku z przedstawicielami prawa. Podobno natknął się wtedy na któregoś sprintera i postanowił zmienić fach. Ktoś inny mówił, że facet przeżył jakąś tragedię… ktoś zginął, a on sam wylądował na ulicy. Sprinterem został, by zapomnieć.
Jednak April czuła, że żadna z tych historii nie jest prawdziwa. Jack był typowym przystojniakiem z zawadiackim uśmiechem i delikatnym zarostem. Biegał przeważnie ubrany w czarną, stylową koszulkę i szare, dresowe spodnie. Zresztą, wszyscy sprinterzy ubierali się podobnie. Najważniejsze było wtopić się w otoczenie i nie dać się złapać.
- Dokąd tak pędzisz April? – zapytał towarzysko.
- Jack! Niepoważny jesteś?! Pracuję. I muszę już biec. – odrzekła zirytowana.
Mężczyzna wciąż zastępował jej drogę, słodko się uśmiechając.
- April, daj zaprosić się na randkę. Obiecuję, że będzie fajnie.
- Co? Odbiło ci? Zaraz…
- April, rusz się, gliniarze do ciebie idą i jesteś już spóźniona – usłyszała Merka.
- Muszę iść.
Dziewczyna usiłowała go wyminąć, ale nie dało rady. Jack chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę drzwi do jakiegoś bloku mieszkalnego. Biegł szybciej od April więc ta musiała mocno przyśpieszyć. Nie wiedziała dokąd ją ciągnie, ale miała przeczucie, że znalazł sposób na ominięcie policji. W bloku wbiegli do windy i zaczęli powoli jechać w górę.
- Dokąd idziemy? – zapytała.
- Znam skrót. Trzymaj się mnie. – znów się uśmiechnął.
Irytowało ją to.
- Nie potrzebuję twojej pomocy. Poradziłabym sobie sama. – odparła gniewnie.
- Ale ja uwielbiam ci pomagać kochanie.
- Tego już za wiele. – złożyła ręce na piersi w akcie desperacji. – Daj mi wreszcie spokój.
- Uwielbiam jak się denerwujesz. Masz wtedy taki słodki wyraz twarzy.
April już miała mu dołożyć, kiedy drzwi windy się otworzyły i Jack pociągnął ją w kierunku wyjścia na dach. Kate czekała już w umówionym miejscu.
- Widzę, że teraz pracujesz w parze. – uśmiechnęła się. – Uważaj, bo Merk może ci potrącić z pensji.
- Nie pracuje w żadnej parze. Masz już torbę i daj żyć. – April oddała Kate wiadomość i ruszyły w przeciwne strony.
- A ty masz u mnie przerąbane. Merk już na pewno wie i podzieli moją kasę.
- Słonko, pieniądze to nie wszystko. – odparł jak zawsze uśmiechnięty.
Znów zaszedł jej drogę i chwycił za ramiona.
- Dlaczego się mnie boisz? – zapytał patrząc jej głęboko w oczy.
- Nie boję się… Irytujesz mnie.
- Nie patrzysz mi w oczy… Więc się boisz. Ja nie gryzę. Opowiadają o mnie różne historie, ale jestem zwyczajnym facetem.
Dziewczyna nerwowo oblizała usta. „Dlaczego tak się wpatruje?”
„O co mu chodzi?”
Mężczyzna zastanowił się chwilę i pocałował ją. April otworzyła oczy ze zdziwienia. Jack naprawdę tam stał, z nią, i ją całował. Jego usta miały taki niesamowity smak. Po chwili rozpłynęła się i dała porwać tej przyjemności. Przymknęła oczy i zdawało się, że słyszy muzykę. Ale to było głośne bicie obu serc. Serc, które wiele przeszły, ale które mimo wszystko chciały zaznać szczęścia.
Jack muskał delikatnie górną i dolną wargę April. Dotykał ustami jej policzków, nosa i oczu. Na końcu uśmiechnął się i przytulił ją mocno. Dziewczyna poczuła jego wspaniały zapach i zakochała się w nim. Chciała pozostać w tej pozycji już na zawsze. Jej buntownicza natura ustąpiła, bo teraz miała przy sobie kogoś życzliwego, kogoś kto będzie ją chronił.



Opowiadanie zostało napisane - 1.02.2010r.



PS: Znów nie miałam za bardzo czasu naskrobać coś nowego. To opowiadanie pisałam jakiś czas po ukończeniu Mirror's Edge - gry, która bardzo mi się spodobała i utkwiła mi w głowie na długo. Pokochałam świat przedstawiony i chciałam niejako umieścić w nim siebie. 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Zagubiona








"Ak­ceptac­ja świata to dro­ga do za­gubienia się w nim."





Nad daleką, zagubioną na wielkim oceanie, wyspą rozbłysły pierwsze promienie słońca. Po niebie leniwo snuły się rozciągnięte, białe chmury dając od czasu do czasu trochę cienia. Gdyby spojrzeć w dół z lotu ptaka, ktoś mógłby dostrzec drobny punkcik na wyspie. Była nim piękna, młoda dziewczyna leżąca bez ruchu na gorącym piasku.

Morze otaczało plażę, spragnioną czystej wody. Kryształki piasku otulały ręce i nogi dziewczyny zatopionej w krainie snów. Delikatne promyki słońca dotknęły jej twarzy, po czym spokojnie przesunęły się na dalsze partie ciała. Była szczupłą, drobną dziewczyną o wspaniale wiśniowych włosach, które mieniły się w słońcu kolorami tęczy. Kosmyki opadały jej na ramiona i czoło, poruszane co jakiś czas, przez niesforny wiatr.

Malinowe usta poruszyły się łapczywie chwytając powietrze, a duże, błękitne oczy otworzyły się na świat. Słońce – jakby na złość – oślepiło ją, co dało najlepszy powód, by szybko stanąć na nogi. Jednak ciało początkowo odmówiło jej posłuszeństwa. Tak więc, usiadła podpierając się z tyłu wątłymi rękami. Piasek przylepiał się do jej rąk, nóg i ubrania, które i tak wyglądało nie najgorzej. Cienka, biała bluzeczka na ramiączkach była delikatnie zbrudzona piaskiem, a fioletowa spódniczka do kolan – zmoczona przez morze. Czarny pasek opinający ją w pasie wyglądał całkiem w porządku… Ale po chwili zauważyła, że nie ma butów. Po raz kolejny spróbowała wstać. Podkurczyła jedną nogę, potem drugą… trzymając rękami równowagę, stanęła prosto. Otrzepała się z piasku i rozejrzała dookoła. Musiał być wczesny ranek, bo słońce prażyło niesamowicie. Wokół plaża, trochę palm, w oddali było widać rozległą dżunglę. I jeszcze jakaś chatka niedaleko. No i oczywiście morze… Nie było widać żadnego lądu w pobliżu, ani statku.

Dziewczyna przygryzła wargi ze zdenerwowania. Nagle uświadomiła sobie pewną straszną rzecz…

„Kim ja jestem?” – szeptał głos w jej głowie.

Nie mogła sobie przypomnieć jak się nazywa, ani jak trafiła na tę wyspę. Słońce piekło coraz bardziej, a ona usilnie wytężała umysł w poszukiwaniu straconych kawałków. Podeszła bliżej morza, aby trochę się ochłodzić. Zanurzyła się w wodzie po kolana i rękami masowała sparzone miejsca.

„Skąd się tu wzięłam?” – pytała samą siebie.

„Jak się nazywam?”

Nogi zatapiały się w piasku pod wodą. Kiedy je wyciągała one znów tonęły… Postanowiła wyjść i schronić się tymczasowo w chatce, którą widziała nieopodal. Jednak nim się odwróciła zobaczyła na morzu coś zaskakującego. Na wodzie stał młody mężczyzna w białych włosach sięgających ramion i czarnym stroju. Miał delikatną, dziewczęcą twarz i przenikliwe, szare oczy. Uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę… Tak jakby chciał, aby za nim poszła. Tylko… ona nie umiała chodzić po wodzie… A przynajmniej nie pamiętała jak to się robi. Ręce zacisnęła i złożyła na piersi, nie wiedząc co począć z takim zjawiskiem. Może to było tylko przywidzenie? Z braku wody i nadmiaru słońca zaczęło jej po prostu odbijać.

Zamknęła oczy… A gdy znów je otworzyła mężczyzny już nie było. Jej delikatną buzię okrył płaszcz smutku. Oczy zaszkliły się, a umysł otoczyła mgła niewypowiedzianej rozpaczy. Dziewczyna wyciągnęła szczupłą dłoń przed siebie, mając nadzieję na powrót wizji. Jednak ona… nie wróciła.



Na granatowym niebie migotało tysiące gwiazd. Od czasu do czasu można było zauważyć spadające gwiazdy, bądź bliższe planety obracające się w swoich, nieznanych nikomu rytmach. Księżyc co rusz chował się za ciemną chmurką, jakby wstydząc się swego blasku. Morze – nieświadome ostatnich wydarzeń – spokojnie opływało piaski plaży. Odbijały się w nim wszystkie skarby nieba tak, że wydawały się małymi diamentami unoszącymi się na wodzie. Ten przecudowny widok ani na trochę nie rozświetlił twarzy dziewczyny siedzącej na piasku. W jej błękitnych oczach odbijał się blask migoczącego ognia na pobliskim ognisku. Do tej pory pamięć pozostała nieodzyskana. Czuła się jak niepotrzebna nikomu roślina; bez domu, ani bliskich, którzy by jej szukali. Czuła się tak jakby nie miała wcześniejszego życia… Umarła i narodziła się na nowo – bez przeszłości.

Jednak gdy tak wpatrywała się w rozbuchany ogień otworzyło się coś w rodzaju portalu. Z czarnej otchłani wynurzyła się postać… Dziewczyna wstała, by przyjrzeć się nieznajomemu.

- Kairi! To ty?! – odezwał się mężczyzna. Jednak stał w cieniu i nie było wiadomo jak wygląda. Zdaje się jednak, że znał dziewczynę.

Złożyła ręce na piersi… Bała się odezwać, bo nadal nie przypomniała sobie kim jest.

Mężczyzna stanął w blasku ognia… Był to ten sam, którego widziała wcześniej na morzu – białe włosy i przenikliwe, szare oczy.

- Kairi… Co się z Tobą dzieje?! Gdzie zniknęłaś po bitwie?

Zadawał tyle pytań, że już mieszało jej się w głowie. Stała wciąż niczym słup soli wpatrując się w mężczyznę. W końcu zebrała swoje myśli…

- Jak mnie nazwałeś? Chyba mnie z kimś pomyliłeś… - powiedziała przerażona.

Białowłosy podbiegł do niej, dotknął wątłych, spieczonych ramion i spojrzał wprost w jej duże, zdziwione oczy. Nie zobaczył w nich nic znajomego… Tak jakby w ciele znanej mu kobiety nie było dawnego ducha. Jej oczy były puste. Jakby wszystko co kiedyś znał rozwiało się jak za pomocą magicznej różdżki.

- Kairi… Nie przypominasz sobie kim jesteś? Kim ja jestem? Spójrz mi w oczy…

Dziewczyna spojrzała… I może faktycznie coś zobaczyła, ale nawet jeśli, to trwało mniej niż sekundę.

- Przykro mi… Ale wygląda na to, że straciłam pamięć. Jednak ty mnie znasz. Możesz mi powiedzieć kim jestem! – zawołała z nadzieją w głosie.

- W porządku… Ale tu nie jest teraz bezpiecznie. Wrócimy razem do naszej kryjówki i tam wszystko ci powiem. Nie obawiaj się kochanie. Może jak zobaczysz znajome kąty pamięć szybciej ci wróci. – uśmiechnął się.

Miał taki miły uśmiech. „Zaraz… Czy on powiedział ‘kochanie’?”

Nagle w jej umyśle pojawiły się migawki dawnych wspomnień. Jednak wszystko wyglądało jak potargane obrazy. Twarze obcych ludzi, uśmiechy, człowiek, który stał przed nią. Nic nie układało się w logiczną całość… Mimo to ucieszyła się, bo to oznaczało, że jej pamięć wraca.



Przechodząc przez portal przez ciało Kairi przeszedł lekki dreszczyk. Wszędzie było niebiesko, a wielka moc magiczna otaczała ich zewsząd. Tym razem nic jej się nie przypomniało… Portal wyrzucił parę w pokoju przypominającym dziuplę w drzewie… Ale o wiele większą. Było tu przytulnie. W rogu stało łóżko, obok stolik z lampką; niedaleko biurko, szafa i jakieś trzy regały książek.

- Chyba się nie pogniewasz, że teleportowałem nas do mojego pokoju? – mrugnął mężczyzna.

Uśmiechnęła się do niego.

- Dobrze się czujesz? Nigdy się do mnie tak nie uśmiechasz.

Kairi oblał czerwony rumieniec, więc szybko odwróciła się w kierunku książek, aby nic nie zauważył. Nie ukrywała przed sobą… że on bardzo jej się podoba. Był przystojny, uroczy i miał zniewalający uśmiech.

- Masz tu sporo książek.

- Tak… zbierałem je przez prawie całe moje życie. Książki nie łatwo zdobyć w naszym świecie. – zrobił smutną minę. – Naprawdę nic nie pamiętasz?

Kairi smutno potrząsnęła głową.

- No dobrze. W takim razie usiądź. Przyniosę coś do picia i wszystko ci opowiem.

O tak! Coś do picia! Dziewczyna dopiero teraz przypomniała sobie o swoim palącym pragnieniu.

Po dziesięciu minutach oboje siedzieli z sokiem mandarynkowym w dłoniach.

- A więc tak… Nazywasz się Kairi, czego już zdążyłaś się ode mnie dowiedzieć. Pochodzisz z małej miejscowości Narek w Północnych Krainach. Uczęszczałaś do szkoły, jednak szybko zauważyłaś, że jest w tobie coś niezwykłego. Magia… Zrezygnowałaś z nauki po pięciu latach i wyruszyłaś do większego miasta Minok, aby tam studiować magię. Miałaś szczęście, bo niemal od razu trafiłaś na wielkiego mistrza Van You, który wiele cię nauczył. Wściekłby się, gdyby dowiedział, że cała nauka poszła na marne, bo teraz nic nie pamiętasz.- mrugnął i oboje się uśmiechnęli.

- To nie jest przesądzone. Wierzę, że uda mi się wszystko przypomnieć.

- Na pewno. Po naukach u mistrza wyruszyłaś by szukać przygód… Niestety nie bardzo byłaś chętna o nich opowiadać, więc nic nie wiem o tym okresie Twojego życia. Wiem tylko, że mając 19 lat trafiłaś tutaj – do stolicy Północnych Krain – Gwiezdnych Bram.

- A jak się poznaliśmy?

- Och! Całkiem przypadkowo. Myślałaś, że nikt cię nie zauważy jak trochę poćwiczysz magię na opuszczonym wysypisku. Traf chciał, że ja tam też ćwiczyłem, ale walkę. No i trafiłaś mnie jedną ze swoich energetycznych kul. Nie powiem! Bolało bardzo – zaśmiał się. – Dlatego niezwłocznie chciałem ci oddać. Po krótkiej walce postanowiliśmy się sobie przedstawić.

- Zaraz, zaraz! A kto wygrał? – zapytała zaciekawiona.

- Ale, czy to teraz ważne…

- Przegrałeś?! – roześmiała się Kairi – Przegrałeś ze mną! Musiałam być niezła.

- Tak, śmiej się dowoli. Kiedyś się z Tobą policzę, zobaczysz. - mrugnął.

- To teraz powiedz coś o sobie.

- Nazywam się Kenji i przybyłem do miasta z Południowych Krain. Nie znałem swoich rodziców… Więc od małego tułałem się po świecie.

- Przykro mi.

- Tak czasem bywa. Pewnego dnia trafiłem do wioski, gdzie mieszkał starszy były oficer wojsk granicznych. Zaproponowałem mu moją pomoc w gospodarstwie za naukę walki bronią. Nie było łatwo go przekonać… Ale w końcu się udało. Byłem najlepszy w wiosce, a gdy wyruszyłem w świat stałem się najlepszy w świecie. Kiedy spotkałem ciebie… źle się działo. Mroczni ludzie wkroczyli na tereny Królestwa. Byli niepowstrzymani! Nosili czarne szaty, a pod nimi zdawało się oglądać pustkę. Nastały straszne czasy… Niszczyli wszystko co napotkali na drodze. Wioski, miasta; palili domy, mordowali dzieci, zatapiali statki… Nie było temu końca.

Kairi zrobiła zmartwioną minę. Nie sądziła, że jest tak źle.

- Królewskie oddziały były bezradne – kontynuował Kenji. – Nikt nie mógł pokonać mrocznego władcy. Każdy pomagał… kto tylko chciał i potrafił. Tak więc i my chcieliśmy pomóc. Stoczyliśmy razem wiele bitew. Ostatnio - tę najważniejszą z samym mrocznym władcą. Byliśmy bez szans… ale ty użyłaś całej swojej mocy, aby go unicestwić, chociaż wiedziałaś, że to może cię zabić. Właśnie po tym ciosie… zniknęłaś… i wraz z tobą władca. Wszyscy cieszyli się, że go pokonaliśmy, a ja… myślałem, że zginęłaś. Ale nie poddałem się. Szukałem wszędzie, po całym świecie. I w końcu cię znalazłem. Nie rozumiem tylko dlaczego wylądowałaś na wyspie, w dodatku z lukami w pamięci.

- Rozumiem wszystko co powiedziałeś… Chociaż wydaje mi się to szalone… i niemożliwe. Przykro mi, ale nadal nic nie pamiętam.

- W porządku Kairi – chwycił delikatnie jej dłoń. – Nie przejmuj się. Pamięć na pewno wkrótce wróci.

- Mogę jeszcze o coś zapytać?

- Oczywiście słonko.

Znów się zaczerwieniła.

- Czy my… byliśmy razem...? Wiesz… tak blisko… - nie mogła się wysłowić.

Kenji szeroko się uśmiechnął. Mógłby teraz wykorzystać sytuację i skłamać… Ale szanował ją i jej uczucia. Zawsze tak było.

- Nie. Chociaż bardzo tego żałuję…

Zasmuciło ją to trochę… bo Kenji bardzo się jej spodobał.

- A dlaczego nie jesteśmy parą?

Dziwnie zabrzmiało to pytanie – dla obojga.

Kenji wstał i przeszedł się po pokoju.

- Jeśli już koniecznie chcesz wiedzieć… To ty nie chciałaś ze mną być. Poczułem do ciebie falę gorących uczuć już pierwszego dnia. Jak tylko cię zobaczyłem. Ale kiedy wyznałem ci to, powiedziałaś, że nie możesz się angażować uczuciowo kiedy trwa wojna. Uszanowałem to i powiedziałem, że będę na ciebie czekać. Choćby wieczność.

Kairi się uśmiechnęła. Teraz nie miała zamiaru odpychać tego uczucia.

- Więc… co teraz będzie? Skoro zło zostało pokonane?

Kenji właściwie jeszcze się nad tym nie zastanawiał. Zrobił zamyśloną minę i podszedł do jednego z regałów. Sięgnął po dość grubą księgę, na której widniały tajemnicze znaki.

- Hmm… Pewnie wszystko wróci do normy. Ludzie odbudują Królestwo i będziemy starali się odzyskać dawne życia. Choć to już nie będzie takie proste. Po tym wszystkim co się wydarzyło.

Kairi patrzyła z zaciekawieniem na książkę w rękach mężczyzny.

- Co w niej jest?

Kenji nie odpowiedział… tylko podał jej książkę. Dziewczyna nic nie rozumiała ze znaków zapisanych w środku. Spojrzała z powrotem na mężczyznę robiąc oburzoną minę.

- Spójrz w głąb księgi – powiedział przyciszonym głosem.

A ona, nie rozumiejąc ani słowa wpatrywała się w wyrysowane koła i trójkąty. Nagle świat wokół niej rozmazał się i przeniosła się w inne miejsce. To był duży, biały pokój, w którym początkowo była tylko ona. Jednak za chwilę pojawił się ktoś jeszcze. Ktoś, kogo kojarzyła z twarzy, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć skąd go zna.

To był starszy mężczyzna z długą, siwą brodą. Miał zmarszczki wokół oczu, a długa, biała szata zlewała się z tłem.

- Kim jesteś? – zapytała w końcu.

- To nieistotne Kairi. Czy wiesz, dlaczego tu jesteś? – miał niski, zachrypnięty głos. Ale nie wahał się… Zupełnie jakby był robotem.

- Nie wiem… Kenji dał mi książkę i…

- Tak, to Kenji cię tu wysłał. Uznał pewnie, że tu otrzymasz wszelkie potrzebne odpowiedzi. Ale pytanie teraz… czy na pewno chcesz je usłyszeć?

- Tak.

Starzec zbliżył się do dziewczyny i objął ją. Do ucha szepnął:

- Już nigdy nie przypomnisz sobie przeszłości.

Dziewczyna chciała się odsunąć i spojrzeć z niedowierzaniem, ale staruszek mocno ją trzymał.

- Wiem, że to dla ciebie szok, ale nigdy się nie dowiesz co było przedtem. To cena jaką zapłaciłaś za unicestwienie Mrocznego Władcy. Wykorzystałaś swoją całą moc na pozbycie się zła i to przez tak ogromny wysiłek straciłaś pamięć i …magię. Uleciała z ciebie niczym poranna mgiełka. Teraz musisz się nauczyć żyć nowym życiem. Bez przeszłości… Tylko przyszłość.

Mężczyzna odsunął się od zapłakanej Kairi.

Nie wiedziała co sobie myśleć. Powinna się cieszyć, że pokonała wszelkie zło i dała nowe życie tysiącom ludzi. Ale czuła się jak pusty garnek.

Mężczyzna odszedł, a ona wróciła do świata rzeczywistego.

Kenji zobaczył, że dziewczyna płacze i chciał ją przytulić. Ale ona wyrwała się i wyszła na balkon. Tam usiadła i zapatrzyła się na morze. Po jej policzkach płynęły łzy. Kenji usiadł obok niej.

Po dłuższej chwili odezwała się…

- Kenji… Kocham Cię.

To był dla niego szok. Jednak było to miłe zaskoczenie. Miał ochotę wstać i ją wycałować.

- Chociaż umysł cię nie pamięta to serce tak. – spojrzała na niego i się uśmiechnęła. – Możemy teraz zacząć nowe życie. Zasłużyliśmy na to.



Oboje się uśmiechnęli. Dziewczyna delikatnie zbliżyła swoją dłoń do dłoni Kenji. A Kenji dotknął słodkich, malinowych ust Kairi. Była to najwspanialsza rzecz jaka się im przytrafiła w życiu. Najwspanialsze uczucie… Miłość.




Opowiadanie zostało napisane - 2.04.2010r.