sobota, 22 lutego 2014

Mam marzenie cz. 1






"To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest takie fascynujące."

Paulo Coelho




Noc była przyjemnie chłodna, pełna gwiazd. Maleńkie punkty odznaczały się na ogromnym, granatowym niebie i każdy chciał zabłysnąć jak najmocniej potrafił. Każdy chciał być zauważony. W końcu taka czysta noc nie zdarza się zbyt często dla gwiazd. Gdzieś w oddali pojawił się księżyc - ogromny, z pełną gracją wkroczył na nieboskłon. Był niczym król jaśniejący najczystszym blaskiem.
Po drugiej stronie od księżyca wychyliła się nieśmiało - Saturnia - planeta położona bardzo blisko tej, na której się znajdowaliśmy. Saturnia była prześliczną, kolorową planetą o wiele większą od naszej. Mieniła się, pokazywała swoje pierścienie niczym najdroższe skarby. Czasem miało się wrażenie jakby chciała roztrzaskać się o naszą planetę, drobną i bezbronną w porównaniu do olbrzyma. Na szczęście wiele istot dbało, aby ten czarny scenariusz nigdy się nie ziścił.
Ailis wpatrywała się w niebo, w ten niezwykły i jednorazowy widok już przez bardzo długi czas. Nie tylko w gwiazdy, ale i horyzont, który zaczynał i kończył się ogromnym oceanem. Przepiękna woda odbijała wszelki blask czyniąc tę noc jeszcze bardziej magiczną. Niedaleko zamku, w którym mieszkała mieścił się port, z którego odpływały eleganckie statki, nawet jeśli tylko od najuboższych. Ailis była bowiem mieszkanką elfickiego miasta, a dokładniej - jego księżniczką. Elfy nawet jeśli tworzyły coś z małej ilości materiałów, albo nie były one bogate to wkładały w budowę całe serce. Wszystko musiało być eleganckie, pełne delikatnych kształtów, linii i drobnych ozdób. Smukłe i delikatne. Takie jak same elfy.
Oczywiście oprócz biednych statków, w porcie można było zauważyć również bogate galeony. Miały drobne żagle o delikatnych kolorach odcieni zieleni. Wyglądały jakby przy najbliższym zefirku miały się rozerwać, ale nie... Elfy miały sposób na stworzenie mocnych żagli, które jednocześnie pokazywałyby, że to ich rasa je stworzyła i nikt inny.
Ailis podziwiała statki co wieczór. Często się zmieniały, wypływały na spotkanie przygód, albo powracały do domu. Z rzadka zdarzało się, że zawitał do portu pochodzący z innej rasy. Widywała głównie ludzi i krasnoludów. O obydwu rasach nie miała najlepszego zdania. Ludzie często się awanturowali i przeszkadzało im dosłownie wszystko. Zawsze chcieli postawić na swoim, rządzić... Nie traktowali elfów z szacunkiem. Krasnoludzcy podróżnicy bywali bardziej przyjaźni. Kiedy wystarczająco dużo zjedli i się napili można było nawet z nimi pośpiewać, ale mimo to zachowywali się zdecydowanie za głośno. Elfy bardzo lubiły śpiew - kochali nade wszystko. Najwięcej piosenek stworzyła właśnie ta rasa i wiele innych korzystało z tych utworów.
Rozmyślania dziewczyny przerwał stukot do drzwi jej pokoju.
- Proszę - powiedziała nieco głośniej niż zazwyczaj. Pokój był duży, utrzymany w ciepłych kolorach wiosennego poranka. Łóżko mieściło wiele poduszek, a nad nim wisiał baldachim wsparty na gałęziach drzewa. Całe wnętrze zostało zaprojektowane jakby znajdowało się pośrodku wielkiego drzewa, co było zrozumiałe, ponieważ Ailis należała do leśnych elfów. Większość domów znajdowała się w ich koronach. Zamek był jednym z wyjątków, wzniesiono go na wzgórzu, ale był na tyle wysoki, że można by pomyśleć iż to wielkie drzewo.
Do wnętrza weszła służąca - drobna elfka o jasnych włosach. Miała prześliczne jaskrawo-zielone oczy.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale twój ojciec Cię wzywa.
Po tych słowach zostawiła uchylone drzwi i się oddaliła.
Ailis westchnęła. Przeczuwała jaka rozmowa ją czeka i wcale jej się to nie uśmiechało. Wciąż miała przed oczami wspaniały widok oceanu, który zawsze będzie tylko oglądała z okna.
Ruszyła przez drzwi, a później podążyła wielkimi korytarzami zamku, wysokimi na kilkanaście metrów. Wszędzie panowały odcienie zieleni, przeplatane z gałązkami cudownych kwiatów. Wiele z nich było unikatowych, których już próżno szukać na tym świecie. Wiele wyginęło - nie do końca wiadomo dlaczego.
Błękitne oczy Ailis wpatrywały się w ściany odwlekając jak najbardziej to co nieuniknione. Jej długie, błyszczące - ciemne niczym sierść pantery włosy falowały delikatnie na lekkim zefirku. Zapewne zostawiono uchylone okna u góry sklepienia, aby przewietrzyć korytarze.
Bladoniebieska suknia, z wyszywanymi złotymi zawijasami sunęła powoli po podłodze. Ubrania elfów nigdy nie były przesadne - nie miały niepotrzebnych zdobień i dużych dekoldów, były skromne w ilości użytego materiału, ale też bogate i eleganckie. Wielu się zachwycało dokonaniami tej rasy w dziedzinie projektowania ubrań. Zresztą, nie tylko w tej.
Na głowie Ailis lśnił diadem - z najczystszego złota, wysadzany trzema kamieniami akwamarynu. Drobne niteczki łańcuszków opadały jej na ramiona, a które zręcznie połączono z diademem. Z tyłu głowy widniała mała pajęczyna podobnych łańcuszków.

Zimne ściany odbijały się echem poważnego głosu władcy. Ailis szła powoli dotykając lewą dłonią malowanych murów jakby bała się, że straci równowagę i upadnie na ziemię. Otworzyła ciężkie, lekko uchylone drewniane drzwi z wyrytymi znakami władzy.
- Jesteś Ailis! Wchodź śmiało, musimy porozmawiać. - odezwał się szczupły i wysoki mężczyzna w białej szacie. Biel była oznaką najwyższej władzy.
Dziewczyna weszła i zamknęła za sobą drzwi. Dopiero teraz zauważyła, że w pomieszczeniu był jeszcze doradca króla. Wysoki o mrocznym spojrzeniu i intrygującym uśmiechu. Ailis wydawało się, że jego serce jest równie mroczne co włosy na głowie. Nie przepadała za nim.
Ojciec spoglądał surowo, czuła, że musiał przybrać taki wyraz, aby zaznaczyć swoją wyższość nad nią. Cokolwiek się stanie musi na to przystać, bowiem inaczej okryłaby siebie i jego hańbą.
- Falghar, możesz zostawić nas samych? - zwrócił się do doradcy, a ten ukłonił się lekko i wyszedł, wciąż spoglądając na Ailis.
- Moja droga córko - zaczął, po czym zbliżył się do zdobionego stolika niedaleko tronu i wziął w rękę smukły dzbanek z wodą. Wlał ją do kryształowego pucharka malowanego w koniczyny. - Zapewne wiesz, że niedługo czekają Cię zmiany. Wkrótce będziesz musiała zająć należyte miejsce wśród swojego ludu, zaopiekować się nim. Jesteś moim jedynym dzieckiem, więc to na tobie spoczywa odpowiedzialność. - odłożył pucharek i zbliżył się do dziewczyny kładąc dłonie na jej wątłych barkach.
- Oczywiście nie pozwolę ci samej borykać się z problemami królestwa. Rządzić może każdy, ale rządzić mądrze potrafi niewielu. Chcę ci podarować pomoc w postaci człowieka czystego serca, który będzie miał na względzie dobro podwładnych i twoje własne. - król powrócił po swój pucharek i usiadł na tronie, aby podkreślić swoją władzę.
- Zwiążesz swój los z synem zachodu, pochodzącym z rodu elfów z ciemnego lasu Duandi. On jest ci przeznaczony, a ty jemu. Masz jeszcze czas by przygotować się do wielkiego dnia zaślubin, gdyż odbędzie się dopiero za parę tygodni. - król zauważył, że twarz Ailis pochmurniała.
Dziewczyna nie była zadowolona z zaaranżowanego małżeństwa, ale wiedziała, że jeśli się sprzeciwi okryje wszystkich hańbą. Była gotowa pójść na to poświęcenie.
Król Theris wstał, ponownie zbliżył się do córki i chwycił ją za ręce.
- Książę odwiedzi nas za kilka dni, wtedy go poznasz. Rozumiem, że to będzie dla ciebie trudne, ale Lenthir to dobry elf. Nie wybrałbym nikogo, kto mógłby cię skrzywdzić. - wiedział, że nie powinien tego mówić, ponieważ stracił osłonę surowego i wymagającego władcy. Zniżył się do jej poziomu. Jednak, to była jego córka. Najukochańsza istota na świecie.
- Rozumiem ojcze. - ukłoniła się i wyszła z sali tronowej.
Po tej rozmowie już nic nie będzie takie samo.

Kilka wschodów słońca pozostałych do wizyty księcia minęło bardzo szybko. Kilka dni wolności, które Ailis mogła spędzić na tym, co kochała równie mocno co ocean. Jako leśny elf była niezwykle zwinna, wspinała się na wysokie drzewa i poruszała pomiędzy ich koronami. Docierała w najdalsze zakątki leśnego królestwa, by badać i eksplorować nowe tereny. Czasem napotykała różne ciekawe istoty jak np. Enty. Byli to strażnicy lasu. Nie obchodziły ich granice państw, ani waśnie pomiędzy rasami. Jedyne nad czym czuwali to równowaga flory i fauny. Nikt tak naprawdę nie wiedział ilu entów zostało - myślę, że nawet oni sami tego nie wiedzieli. Utrzymywali jednak, że jest ich wystarczająco dużo by zaopiekować się wszystkimi lasami na tej planecie.
Ailis lubiła rozmawiać ze strażnikami, chociaż często traciła na to większość dnia. Enty bowiem mimo, że bardzo rozmowne mówiły niezwykle wolno. To denerwowało większość istot, ponieważ każdemu wciąż się spieszyło, czego same enty nie rozumiały. One na wszystko miały czas.
Oprócz nich Ailis natykała się np. na swoich dalekich kuzynów - drobne wróżki, albo na patyczaki, które wciąż uciekały przed czyhającymi zagrożeniami.
W ostatni dzień wolności Ailis biegła daleko. Minęła wielkie prastare drzewo, polanę, przez którą płynęła złocista rzeka, grzybowy gaj, gęsty zakątek, w którym z drzew opadały liany i jeszcze dalej na północ. Część drogi przemierzyła dotykając stopami ziemi, a część - drzew. Pogoda była cudowna - promyki jaśniejącego słońca przenikały przez korony i padały na dywan z trawy i kwiatów. Ciepły płaszczyk powietrza otulał dziewczynę, u której wypełzły rumieńce na twarz. Wysiłek był tego wart.
Dobiegła w końcu do wodospadu i zatrzymała się na gałęzi drzewa. Cudowna ściana wody opadała z wysokiej góry i odbijała promienie słońca tworząc na powierzchni małe kryształki. Woda wlewała się do rzeczki u stóp góry - wokół nie było żywej duszy. Ani jednej wróżki, czy Enta. Rzadko jednak tu kogokolwiek widywała, dlatego było to całkowicie jej miejsce - jedyne i niepowtarzalne. Ukochane.
Zeszła z drzewa i usiadła przy strumieniu napiwszy się z niego. Woda miała smak słońca, ciepły i słodki.
Ailis zaśpiewała na pożegnanie swojego dawnego życia. Zamknęła w słowach piosenki wszystko to czego doświadczyła, co dawało jej radość, ale i smutek. Wspomnienia dobre i złe, bowiem wszystkie ją czegoś nauczyły. Otworzyła serce na nowy początek - na zmiany jakie miały nadejść lada dzień. Bała się, nie tylko zaślubin z elfem, którego nie znała i nie kochała... ale i planów, które zamierzała wcielić w życie. Czegoś, czego nikt się po niej nie spodziewał....

Nazajutrz, w samo południe przybył ze swym orszakiem - Lenthir - białowłosy elf o przenikliwym wzroku wypełnionym ogromną nadzieją, że spotka kogoś, kogo szukał od tak dawna. Jedynej i cudownej miłości zamkniętej w postaci drobnej elfki. Marzył, aby to małżeństwo nie było jedynie z rozsądku, ale aby rozpaliło ich serca, a świat zawirował. Był wielkim marzycielem... Do tej pory nie wiedział jak bardzo.
Książę zsiadł ze swojego wierzchowca - pięknego konia o podpalanym ubarwieniu - i udał się w kierunku oczekującego na niego władcy tej krainy.
- Witaj na naszych ziemiach Lenthirze. To zaszczyt móc gościć tutaj syna Duandi, wspaniałego księcia z lasów północy. - rzekł dostojnie.
- To dla mnie większy zaszczyt, że mogę tu przebywać o dostojny Therisie. Bądź pozdrowiony również od mego ojca - Ataliasa, który niestety nie mógł do mnie dołączyć. - głos Lenthira był miękki, delikatny i jedwabisty. Zaskoczył wielu zgromadzonych przybyłych na powitanie.
- Dziękuję młody elfie. Proszę, zapraszam do zamku. Napewno jesteś zmęczony i głodny, więc nie wahaj się korzystać z mojej gościnności. W porze obiadu poznasz moją córkę i będziecie mogli spędzić trochę czasu razem.
Lenthir skłonił głowę i ruszył za królem. Miał na sobie odświętną, elegancką tunikę - taką, którą zakłada się tylko na najważniejsze wydarzenia. Uznał, że dziewczyna jest warta wszelkich starań. Tunika miała wyszywany znak drzewa z wieloma rozgałęzieniami, rozrastało się praktycznie na całą klatkę piersiową, a pień był mocny i gruby. Utrzymywał wszystkie gałęzie w równowadze - mimo, że było ich tak wiele. Był to symbol władzy i znak, o którym każdy elf powinien pamiętać. Władca musi być tak mądry jak ten pień - rządzić utrzymując wszystkie gałęzie na swoich barkach.
Tunika miała odcienie niebieskiego i turkusowego, co nieco wyróżniało się na tle ścian zamku obfitujących w zieleń.
Kiedy Lenthir zasiadł do posiłku nawet nie wiedział jak był głodny, i jak cała podróż go zmęczyła. Długo trzymały go emocje, które wiązały się z dzisiejszym wydarzeniem.
Nadal z ogromną nadzieją w oczach wyczekiwał tej chwili kiedy ją pozna...

W komnacie księżniczki panował spokój, ale wewnętrznie Ailis była zdenerwowana. Zaciskała palce tak mocno, że prawie drętwiały. Wokół niej, dwie elfki uwijały się by ją ubrać i dopracować wszelkie szczegóły. Ailis musiała wyglądać pięknie i niepowtarzalnie, nikt nie chciał, aby coś przeszkodziło małżeństwu.
W duszy była rozdarta, w myślach panowała burza, aż na twarzy wystąpiły wypieki. "No dalej, musisz się uspokoić dziewczyno" - mówiła do siebie w myślach. "To nic strasznego. Napewno będzie miły. W końcu to ojciec go wybrał. Dasz sobie radę." Starała się sama siebie pocieszyć. Na koniec zmówiła modlitwę.

Przyszedł czas, by dwoje narzeczonych się poznało. W sali tronowej panowało lekkie zamieszanie - zebrali się bowiem tutaj najszlachetniejsi elfowie, doradcy króla, podwładni mający największe wpływy. Na tronie siedział Theris w koronie ze złota, wysadzanej drobnymi szmaragdami. Pośrodku, przed królem stanął Lenthir, który jeszcze żywo dyskutował ze swoim przyjacielem. Chciał wiedzieć czy wszystko zostało odpowiednio przygotowane.
W pewnej chwili podeszła do króla jedna ze służących i szepnęła:
- Księżniczka jest gotowa.
Król się uśmiechnął co zauważyli wszyscy zgromadzeni. Atmosfera stała się jednak napięta, sporo osób miało obawy, że któreś z elfów nie dotrzyma obietnicy i będzie chciało się wyłamać. Część obawiała się również, że Lenthir nie będzie odpowiednim władcą i następcą Therisa. Wielu miało obiekcje, że krajem nie będzie rządził syn króla, ale było to niemożliwe, gdyż męskiego potomka nie było.
Król natomiast martwił się szczęściem swojego dziecka - w całej tej politycznej zawierusze.
- Proszę wszystkich o zachowanie spokoju - rzekł wstając z tronu. - Lenthirze, synu Ataliasa, pragnę przedstawić ci kwiat lasów Merrindel, piękną i wspaniałą Ailis - moją córkę.
Po tych słowach otworzyły się wielkie wrota prowadzące do sali. Weszła szczupła dziewczyna o bladej cerze, ale z lekkimi, czerwonymi wypiekami na policzkach. Miała na sobie białą, zwiewną suknię z drobnymi, zielonymi elementami, które podkreślały kraj jej pochodzenia. Diadem mienił się złocistym blaskiem, gdzieniegdzie spoglądając na wszystkich szmaragdowymi oczyma.
Lenthir oniemiał. Miał przed sobą zjawisko - ducha. Nigdy w życiu nie widział nikogo piękniejszego. Oczy dziewczyny migotały niczym gwiazdy w bezchmurną noc. Jej jedwabista skóra widoczna tylko w niektórych fragmentach - pociągała go. Kruczoczarne włosy opadały jej na ramiona, niektóre kosmyki zostały splecione w cieniutkie warkoczyki. Świat się zatrzymał, a w elfiej piersi głośniej zabiło serce.
Ailis z trudem powstrzymywała drżenie rąk. Lenthir wyglądał na przystojnego elfa, ale nie odczuła przy pierwszym spotkaniu niczego nadzwyczajnego. Chciała tylko, aby oficjalna część szybko się skończyła i żeby nerwy ją opuściły.
Elf ukłonił się i ucałował delikatnie jej dłoń.
- Miło mi cię poznać Ailis. - uśmiechnął się.
- Mi ciebie również książę, synu lasów Duandi. - zabrzmiało to bardzo oficjalnie, ale wolała nie pozwalać sobie na lekki język w tym momencie.
- Mam dla ciebie prezent zaręczynowy księżniczko. Proszę, pozwól mi go wręczyć, niech każdy jego drobny element odbija dla ciebie blask gwiazd, tak jak i w twoich oczach mogę go ujrzeć.
Lenthir poprosił przyjaciela o pakunek i wręczył go w dłonie Ailis. Wtedy po raz pierwszy mógł dotknąć jej delikatnej skóry, tylko przez ułamek sekundy.
Dziewczyna otworzyła pudełko, a w środku znalazła bransoletę - ale nie zwyczajną. Miała szerokie oczka, w których umieszczono jakby kawałki obrobionego szkła. Nie była do końca pewna z czego to zrobiono, ale wiedziała, że musiało być to rzadkie. Nigdy bowiem nie widziała czegoś podobnego. Szkiełka faktycznie odbijały blask - i tylko blask gwiazd - nie rażąc przy tym w oczy. Czuła, że jest w tym nieznana jej magia.
- Bardzo dziękuję książę. To.. niezwykły prezent. - uśmiechnęła się.
Król Theris zwołał wszystkich na posiłek, co ucieszyło zgromadzonych, bo zaczęli odczuwać głód od tej niezwykłej atmosfery - mieszance nerwów, oburzenia, miłości i nadziei.

W trakcie ucztowania wszyscy żywo rozmawiali, każdy elf był zainteresowany odczuciami innych związanymi z zapoznaniem i podarkiem dla przyszłej królowej. Stoły były suto zastawione najlepszymi potrawami - wszystko pachniało wybornie; słodki miód lał się hektolitrami. Panowało ogólne zamieszanie - wszędzie prócz fragmentu stołu jaki zajmowali młodzi. Ailis siedziała cichutko wpatrując się w ziarnka ryżu na talerzu i czując jak coraz bardziej opuszcza ją głód. Lenthir natomiast nałożył sobie małą porcję pieczonych przepiórek, gdyż zjadł już wcześniej i obecnie nie był bardzo głodny. Co parę chwil zerkał na swoją przyszłą żonę i martwił się, że nie chce jeść. Domyślał się, że jest zdenerwowana - on przecież też był, ale znosił to lepiej. Chciał jej jakoś pomóc...
- To.. ile ich jest? - zapytał z uśmiechem.
- Hmm? - spojrzała z zaciekawieniem odrywając się od swych odległych myśli.
- Ziarenek. Policzyłaś je, prawda?
Uśmiechnęła się, a nerwy lekko opadły.
- Moje oczy widzą znacznie więcej niż żołądek.... Może jednak zjem jeszcze trochę.
Czas mijał bardzo powoli... za wolno. Dziewczyna miała wrażenie jakby ktoś rzucił zaklęcie. Wszyscy w spowolnieniu otwierali usta żywo rozmawiając, inni przeżuwali jeden kawałek mięsa dziesięć minut. Jej myśli krzyczały: "Błagam, niech to się skończy!"

Pod koniec posiłku król wstał i powiedział lekkim tonem:
- Ailis, moja droga. Bądź taka dobra i zaśpiewaj coś dla nas. Twój cudowny głos napewno umili wszystkim ten czas, a i Lenthir będzie mógł go usłyszeć. Nie daj się prosić!
Śpiew? Jedyne o czym miała teraz ochotę śpiewać to o utraconej wolności...
Dziewczyna wstała i jej zwiewna postać zbliżyła się do harfy ustawionej w rogu dużej jadalni. Ułożyła palce na drobnych, połyskujących strunach i zamknęła oczy. Próbowała przypomnieć sobie miłą melodię, która nie sprawiłaby nikomu bólu. Szarpnęła struny, a niebo rozwarło się nad salą. Miliony gwiazd poszybowało ku elfom, kiedy Ailis zaczęła śpiewać. Jej głos niczym jedwab otulił zgromadzonych. Z nieba poleciały strumyki czystej wody i rozbiły się na miliony cząsteczek kiedy dotknęły podłogi. Drobny pył osiadł na głowach elfów, a po dotknięciu zamienił się w tysiące płatków śniegu. Płatki wirowały w tańcu, każdy różny od drugiego. Spotkały się dwa - gdzieś nad głowami zgromadzonych - poczęły tańczyć wśród gwiazd. Traktowały siebie z uwielbieniem i miłością i odfrunęły w niebiosa, ku szczęśliwej przyszłości.
Ailis usiadła z powrotem obok Lenthira. Rozbrzmiały gromkie brawa.
- Twoja muzyka jest taka piękna. Nie spotkałem nikogo, kto śpiewałby równie cudownie. - Przyszły małżonek był pod wrażeniem. Nie wyobrażał sobie nawet z jakim wielkim wysiłkiem śpiewała.
- Dziękuję. - odrzekła. W duchu jednak było jej smutno, że musiała skłamać tworząc tę piosenkę. Wolałaby zaśpiewać o tym co czuje, a nie co powinna czuć.

Po obiedzie młodzi wybrali się na spacer po ogrodach królewskich, a biesiadnicy jeszcze długo dyskutowali nad przyszłością państwa.
Była już późna godzina i niebo zasnuły zastępy gwiazd przymglone nieco przez nadciągające, ciemne chmury. Pogoda się popsuła i mimo, że nadal było dość ciepło to lekki wiaterek odwiedził te okolice.
Para szła ścieżkami z drobnych kamieni w kształcie sześcianów. Drogę oświetlały im pięknie zdobione lampy, które przypominały gałęzie drzewa. U ich szczytów jaśniał blask tak czysty i tak jasny jak blask księżyca. Elfy ukochały sobie to światło - były jedyną rasą, która potrafiła je oswoić. Kwiaty i drzewa w ogrodzie powoli układały się do snu, zupełnie nieświadome nadchodzących wydarzeń.
- Tam skąd pochodzę mamy pewną legendę - zaczął Lenthir. - Legendę o białej łani przechadzającej się wśród drzew. Nie jest ona tak do końca biała, wygląda jak zjawisko, trochę jak duch. Nikt nigdy jej nie widział, ale wszyscy czują jej obecność. Legenda narodziła się w dawnych czasach, kiedy walczyliśmy o kawałek ziemi, o naszą ojczyznę. Elfy mówiły, że biała łania ukazuje się tylko tym czystego serca i dodaje im odwagi do walki o sprawiedliwość. Łania nie staje po żadnej ze stron, dba tylko o utrzymanie porządku. Kilku wojowników twierdziło, że widziało ją przechadzającą się po łąkach i pijącą z magicznego źródła. Nie wiem czy w to wierzyć, ale udało nam się wygrać bitwę i mogliśmy się osiedlić. Łania stała się symbolem i znakiem, że dążymy w kierunku równowagi na świecie. Kiedy byłem młody opowieść ta dodawała mi otuchy mimo, że nie wiedziałem czy jest prawdziwa.
- To bardzo piękna legenda, ale dlaczego mi ją opowiadasz?
- Ponieważ to zadziwiające jak drobne symbole mogą dodać istotom odwagi, w jak wiele rzeczy się wierzy bez żadnych dowodów na ich poparcie. Każda istota na ziemi w coś wierzy - nieważne czy to bóstwo, opowieść, czy własny wymysł. Każdy tego potrzebuje tak jak powietrza by oddychać. - uśmiechnął się do niej i przerwał na chwilę. - Poza tym, mówię ci to, ponieważ tuż przed przyjazdem miałem sen. Sen, który nigdy wcześniej mi się nie przyśnił. Byłem sam w lesie, wokół panowała ciemność, aż na ścieżce pojawiły się małe, białe ogniki. Podążyłem za nimi, aż trafiłem na większą polanę, pośrodku której znajdowało się małe jeziorko. Migotało w świetle księżyca, a na jego powierzchni pojawiły się koła na wodzie. Nie wiedziałem dlaczego, bo nie spadła żadna kropla, ani nic innego nie zakłóciło spokoju tafli. Po chwili znów zauważyłem zmąconą wodę. Wyglądało to tak jakby niewidzialne zwierzę z niej piło. Kiedy wytężyłem wzrok wydawało mi się, że widzę zarys kształtów, ale nie byłem pewien. Po przebudzeniu przypomniałem sobie historię o łani i chociaż nie wiem czy to ona mi się przyśniła to poczułem ją w sercu. Poczułem odwagę by zmierzyć się z nadchodzącą przyszłością.
- Rozumiem. W moim przypadku to blask gwiazd daje mi siłę - odrzekła Ailis, a jej oczy błysnęły. - Zresztą, nie tylko mnie. Elfy wierzą, że w gwiazdach zawarta jest naturalna i czysta magia. To dzięki niej potrafimy leczyć, często z bardzo poważnych chorób i ran. To jest też coś, co ciężko wytłumaczyć i myślę, że dzięki naszej wierze możemy dokonać rzeczy wielkich.
Ailis mówiła z przejęciem, a serce młodego elfa biło coraz mocniej.
Tej nocy jeszcze długo ze sobą rozmawiali, przywołując wspomnienia o starych, zapomnianych opowieściach. Kiedy nareszcie ułożyli się do snu każde zaczęło jednak marzyć o czymś innym. Lenthir wierzył, że udało mu się choć trochę rozbudzić serce księżniczki i postanowił, że będzie się o nie starał ze wszystkich sił.
Ailis natomiast wpatrywała się w ocean, w myślach powtarzając: "Już niedługo..."

Do zaślubin zostało parę tygodni w czasie których para spędzała czas ze sobą. Ailis pokazywała przyszłemu mężowi ulubione miejsca, przechadzała się z nim po mieście; a kiedy nie spotykali się - Lenthir dyskutował z królem o obowiązkach. Nie od razu po ślubie miano mu przekazać całą władzę, król bowiem miał jeszcze rządzić przynajmniej przez rok. Ponieważ jednak wszystko szło gładko Theris już postanowił wtajemniczyć Lenthira w tajniki władzy. Miał zamiar go uczyć tak długo, aż będzie zadowolony i będzie mógł spokojnie odejść do nieśmiertelnych krain.
Jak tylko Lenthir miał wolną chwilę wyszukiwał sposobów na oczarowanie Ailis. Pewnego razu podarował jej jedną, na pozór zwyczajną różę. Dziewczyna była zachwycona, gdyż jej płatki były idealnej długości, a kolor bardzo nasycony. Nierealna perfekcyjność. Elf powiedział jej, że szukał tej róży bardzo długo i nie wyobrażał sobie by mógł ją posiadać ktoś inny. Ona była dla niego tak wyjątkowa, jak ten kwiat.
Ponieważ Ailis kochała gwiazdy, wynalazł miejsce w lesie, w którym korony drzew rozstąpiły się tworząc okrąg. Przez otwór wpadał blask gwiazd - tylko na tę część polany. Kiedy ją tu przyprowadził, zaczęła śpiewać i tańczyć. O jak wielu miejscach w swoim własnym domu jeszcze nie wiedziała?
Było wiele takich chwil... Również momentów kiedy przypadkiem łączyły się dłonie młodych. Kiedy kosmyk włosów zaplątał się o ramię Lenthira, kiedy tunika zahaczyła o suknię, oddech jego na karku kiedy razem spoglądali w gwiazdy.
Nadszedł w końcu dzień, w którym elf postanowił wyznać co czuje. Było to trudniejsze o tyle, że jeśli nie wywołał żadnych uczuć u Ailis - i tak musieli się pobrać. Nie chciał nikogo zmuszać do małżeństwa, ale nie miał wyboru.

Spotkali się w małej altanie pośrodku ogrodów. Harcerzyki - młode, blado-żółte kwiaty wschodziły i kierowały się ku słońcu. Aniołki chowały się wśród innych kwiatów by nie zostać przyuważone, a ich błękitne płatki nosiły na sobie krople porannej rosy. Roślinność kwitła i rozkoszowała się promieniami słońca.
- Ailis, już wkrótce przysięgniemy sobie wierność na całe życie - zaczął Lenthir i chwycił jej dłonie. Były chłodne, mimo że ciepło otuliło dziś świat. - Chciałbym przed tym coś ci wyznać. Kiedy dowiedziałem się, że mam poślubić kobietę, której nie kocham, ale przez to zawrzeć sojusz, nie byłem zadowolony. Jednak nasze dusze odrodziły się w królewskich ciałach, to wielki dar, ale i klątwa. Mamy szansę wpłynąć na tysiące elfów, poprowadzić ich ku lepszej przyszłości. Jednocześnie musimy się poświęcić by ten cel zrealizować. Byłem do tego przygotowywany przez całe życie, ty zapewne też. Muszę przyznać, że wiele oczekiwałem, że miałem nadzieję na to, że dusza z którą się złączę będzie mi przyjazna. Dostałem nawet więcej. Wlałaś w moje serce ciepło, którego jeszcze nigdy nie czułem. Drobna iskra rozbudzona przy pierwszym spotkaniu rozpaliła się na dobre. Czuję do ciebie coś wyjątkowego, czuję że możesz być duszą mi najbliższą.
Lenthir przytulił Ailis, która jednak nie odwzajemniła uścisku.
- Proszę... nie mów już nic więcej. - uwolniła się z objęć zakochanego elfa. Nie chciała mu tego mówić, ale skoro zaczął nie miała wyboru. - Początkowo, kiedy nasze spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, bałam się. Jednak tamten strach jest niczym w porównaniu do tego, co czuję teraz. A czuję tak, ponieważ muszę powiedzieć ci prawdę. Zasługujesz na nią. - Wzięła głęboki wdech. - Jesteś dobrym elfem, masz szczere serce i wierzę, że będziesz mądrym władcą. Tymbardziej przykro mi, że nie czuję do ciebie nic więcej. Szanuję cię jako przyszłego męża i dochowam wszelkich wierności, ale to wszystko co mogę ci obiecać.
Mężczyźnie zrobiło się przykro, ale spodziewał się takiego obrotu spraw. Podczas wspólnych spotkań dziewczyna zawsze była powściągliwa. Nie zbliżała się za bardzo, kiedy dotykali się dłońmi - ona ją cofała. Miał jednak nadzieję - tak wielką jaką ma zakochana istota.
Marzył, że będzie miał jeszcze czas by przekonać Ailis. By rozbudzić w niej uczucie. Jeśli nie przed ślubem, to napewno po nim.

Uroczystość odbyła się w niezwykłym miejscu. Były to ruiny prastarego zamku, który wznosił się w czasach panowania przodków króla Therisa. Znajdowały się niedaleko obecnej siedziby elfów, a pozostało z nich zaledwie kilka zdobionych łuków, trochę ścian dawnych komnat, ale przede wszystkim kamienie, które zaznaczały granice zamku. W miejscu gdzie stał kapłan i gdzie młodzi mieli złożyć przysięgę stał duży łuk z witrażem. Ostatnia większa pozostałość. Witraż przepuszczał cudowne, zielone światło zaznaczając ścieżkę, którą będzie kroczyć młoda dama.
Już za chwilę... Już za moment... nie będzie odwrotu.
Cudowna, lekka muzyka przyfrunęła na wietrze...
Drobne pyłki z drzew usypały ścieżkę...
Nawet enty przybyły na uroczystość...
Drzewa utworzyły łuki, a promienie słońca oświetliły okolicę.
Król Theris wysunął się zza ściany. Lekkim krokiem wstąpił na ścieżkę i poprowadził nią Ailis. Miała na sobie długą, białą suknię z miękkiego materiału, wyszywaną srebrnymi i zielonymi wzorami. Zbiegały się w dole stroju, zakończone drobnymi pętelkami. Rozszerzane rękawy powiewały na wietrze niczym delikatna mgiełka. Twarz Ailis promieniała, ale oczy były smutne. Na głowie diadem przykrywał pajęczyny łańcuszków plecionych wzdłuż włosów dziewczyny.
Król doprowadził córkę do Lenthira i oddał mu jej rękę, skłoniwszy się.
- Oddaję pod Twoją opiekę mój najdroższy skarb. Proszę, zatroszcz się o nią. - rzekł z powagą po czym odszedł na bok.
Przemówił kapłan.
- Zebraliśmy się tutaj aby połączyć syna Duandi i córkę Merrindel na wieczność. Niech to małżeństwo przyniesie pokój i sojusz między dwoma królestwami i aby światło zarówno słońca jak i gwiazd zawsze już świeciło nad wami.
Kiedy zapadły ostatnie słowa przysięgi nie było już odwrotu. Zamknęły się za nimi ostatnie drzwi. Ailis zaczęła obawiać się tego co nastąpi, ale jednocześnie była podekscytowana.
"Już niedługo... Oby tylko się zgodził..." - powtarzała w myślach.

Lenthir zatrzasnął drzwi do komnaty. Została przygotowana specjalnie dla nich... na pierwszą, wspólną noc. Na ścianach panowały typowe wzory dla Merrindel - gałęzie drzew, ptaki, kwiaty różnokolorowe i delikatne. Wymalowane zostały również postaci grających na fletach elfów - zwiewnych jak mgiełki. Ściany łączyły się z sufitem przejściem z jasności... w ciemność nocy. Bardzo drobne gwiazdy migotały na tle nieba.
Łoże wspierane na gałęziach miało nieskazitelnie czystą i białą pościel, a na nim odpoczywały perfekcyjnie ułożone poduszki. Z baldachimu spływały półprzezroczyste szarfy sięgając samej podłogi.
Dziewczyna stała przy oknie zaciskając palce.
- Ailis?
Odwróciła się w jego kierunku.
- Nareszcie mamy chwilę spokoju. Cała ta zabawa zaczynała mnie męczyć. - uśmiechnął się i ona również. Nie przestała jednak ugniatać palców.
- Posłuchaj... Wiem, że tego nie chcesz... I nie mam zamiaru cię zmuszać. Splamiłbym swój honor gdybym to zrobił, więc nie denerwuj się. Możemy po prostu położyć się i porozmawiać jeśli masz ochotę.
Była zaskoczona. Tradycja nakazywała skonsumowanie związku i nigdy nie słyszała by ktokolwiek się tego wyrzekł. Prawda jest też taka, że jeśli nawet któreś małżeństwo się nie zastosowało - to nikomu nic by nie powiedzieli.
- Sama nie wiem... A jeśli ktoś się dowie? - zapytała z drżeniem w głosie.
Elf chwycił ją za ręce.
- Nikt się nie dowie. Nikomu nie powiemy.
Przytulił ją i razem położyli się na jedwabistej pościeli. Rozmawiali o gwiazdach, o morzu, o marzeniach i zwykłych sprawach. Lenthir był naprawdę wyjątkowym elfem - i Ailis cieszyła się, że ma takiego męża. Honorowego i uczciwego. Sprawiedliwego. Szkoda tylko, że nie potrafiła go pokochać, a przynajmniej jej serce bardzo się przed tym broniło.

Minęło parę tygodni od tych wydarzeń. Lenthir na dobre zadomowił się na nowej - dla niego - ziemi, a król był zadowolony z jego rządów. Początkowo otrzymał pieczę nad drobnymi sprawami królestwa, gdyż Theris chciał mieć pewność czy młodzieniec sobie poradzi. Lenthir wydawał się szczęśliwy... a napewno bardzo spokojny. Ailis natomiast z każdym dniem coraz bardziej uciekała w marzenia. Wyobrażała sobie jak powinna przeprowadzić rozmowę z mężem i starała się przewidzieć każde jego zachowanie i każde słowo jakie wypowie.
W końcu wybrała dzień - na tyle spokojny, żeby elfa nie rozpraszało nic innego. Poprosiła również gwiazdy o wsparcie, miała nadzieję, że wleją w jej serce odwagę i siłę - nie tylko by zmierzyć się z mężem, ale by zmierzyć się z przyszłością.
Umówiła się na spotkanie z nim w ich komnatach - miejscu, gdzie nikt ich nie usłyszy, ani nie będzie przeszkadzał.
- Lenthirze, chciałabym porozmawiać z tobą o czymś ważnym. - ze zdenerwowania zaczęły jej się pocić ręce. - Mam pewne marzenie... głęboko schowane przed całym światem. Wykiełkowało bardzo dawno temu, kiedy obserwowałam statki wpływające do naszego portu, przywożące inne rasy i opowieści o przygodach. Z racji urodzenia nie mogłam nawet myśleć o tym, że... I starałam się... Ale marzenie rosło w siłę z każdym dniem. Nigdy nie sprzeciwiłabym się ojcu, a i on nigdy by się na to nie zgodził. Przeszłam z jednych rąk męskich w inne... - przystanęła na chwilę. - Dlatego chciałabym teraz prosić ciebie, mój mężu. Prosić o wolność. Przyrzekałam ci przed kapłanem wierność i tej przysięgi dotrzymam, ale tak bardzo chciałabym zobaczyć co jest za oceanem... Czy wszystkie te opowieści były prawdziwe? Czy mogłabym być bohaterką chociaż jednej z nich? Jestem księżniczką elfów, więc według prawa nie wolno mi opuszczać królestwa. Jednak nie porzucam go, teraz Ty dzierżysz władzę razem z moim ojcem. Nie jestem tu potrzebna. Proszę, daj mi odejść...
Mówiła z wielkim przejęciem... A nogi elfa zmiękły. Nie spodziewał się tego mimo, że wiedział iż nie jest zadowolona z małżeństwa. Był przecież dla niej dobry, dlaczego chciała go porzucić? W głębi serca chciał się zbuntować, zabronić - powiedzieć, że teraz jej miejsce jest przy mężu.
- W przysiędze nie było tylko o wierności... Przyrzekłaś, że mnie nie opuścisz. Sądziłem, że będziesz mi pomagała i wspierała w działaniach lub jeśli zauważysz niegodziwość z mojej strony to się jej przeciwstawisz. - Czy w ogóle był w stanie ją zatrzymać?
- Masz rację, ale jesteś szlachetnym elfem. Nie wierzę, że nie dasz sobie rady beze mnie i że będziesz złym władcą. Wiem, że nie zrujnujesz królestwa. Przykro mi, że część przysięgi muszę złamać.
Lenthir podszedł do okna i spojrzał na port w oddali. Oparł się z rezygnacją o ramy.
- Jak sobie to wyobrażasz? Z kim będziesz podróżować? I na jakim statku?
- Nie martw się. Mam już wszystko przygotowane i będę pływać z dobrymi ludźmi.
- Z ludźmi? - odwrócił się ku niej. - Przecież wiesz jacy są ludzie. Nie można im ufać!
- Ludzie bywają różni... Sporo z nich to awanturnicy, ale są też porządni i uczciwi. Poza tym, może i jestem księżniczką, ale walczyć potrafię. Bez problemu posługuję się łukiem i mieczem. Potrafię o siebie zadbać. - zapewniała.
- Ale nigdy nie wyruszałaś poza Merrindel! Nie wiesz jak tam jest. Nie wiesz co może cię spotkać.
- I właśnie dlatego chcę płynąć. Moje serce wyrywa się ku oceanowi. Świat jest taki ogromny i pełno na nim cudów, które warto zobaczyć. Proszę, pozwól mi.
- Nie przekonam cię, prawda? - zapytał, a ona kiwnęła głową na nie. - ostatnie pytanie. Wrócisz tu jeszcze?
- Oczywiście, że wrócę - uśmiechnęła się.
Lenthir wziął głęboki wdech.
- W porządku. Idź, gonić za marzeniami. Tylko proszę, uważaj na siebie.
Rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek. Była szczęśliwa, choć to dopiero początek. Wychodząc z sali już czuła powiew oceanu. Nie pożegnała się z nikim innym. Nikt nie wiedział co zamierza prócz jej męża.

Dokonała wyboru - zrobiła wszystko co jej polecono, teraz chciała wykorzystać czas dla siebie. Na coś, co było tylko jej pomysłem. Jej marzeniem.



C.D.N.

Opowiadanie pisane kilka dni, skończone - dzisiaj - 22.02.2014r.