"To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest takie fascynujące."
Paulo Coelho
Noc była przyjemnie
chłodna, pełna gwiazd. Maleńkie punkty odznaczały się na ogromnym, granatowym
niebie i każdy chciał zabłysnąć jak najmocniej potrafił. Każdy chciał być
zauważony. W końcu taka czysta noc nie zdarza się zbyt często dla gwiazd.
Gdzieś w oddali pojawił się księżyc - ogromny, z pełną gracją wkroczył na
nieboskłon. Był niczym król jaśniejący najczystszym blaskiem.
Po drugiej stronie od
księżyca wychyliła się nieśmiało - Saturnia - planeta położona bardzo blisko
tej, na której się znajdowaliśmy. Saturnia była prześliczną, kolorową planetą o
wiele większą od naszej. Mieniła się, pokazywała swoje pierścienie niczym
najdroższe skarby. Czasem miało się wrażenie jakby chciała roztrzaskać się o
naszą planetę, drobną i bezbronną w porównaniu do olbrzyma. Na szczęście wiele
istot dbało, aby ten czarny scenariusz nigdy się nie ziścił.
Ailis wpatrywała się w
niebo, w ten niezwykły i jednorazowy widok już przez bardzo długi czas. Nie
tylko w gwiazdy, ale i horyzont, który zaczynał i kończył się ogromnym oceanem.
Przepiękna woda odbijała wszelki blask czyniąc tę noc jeszcze bardziej
magiczną. Niedaleko zamku, w którym mieszkała mieścił się port, z którego
odpływały eleganckie statki, nawet jeśli tylko od najuboższych. Ailis była
bowiem mieszkanką elfickiego miasta, a dokładniej - jego księżniczką. Elfy
nawet jeśli tworzyły coś z małej ilości materiałów, albo nie były one bogate to
wkładały w budowę całe serce. Wszystko musiało być eleganckie, pełne
delikatnych kształtów, linii i drobnych ozdób. Smukłe i delikatne. Takie jak
same elfy.
Oczywiście oprócz
biednych statków, w porcie można było zauważyć również bogate galeony. Miały
drobne żagle o delikatnych kolorach odcieni zieleni. Wyglądały jakby przy
najbliższym zefirku miały się rozerwać, ale nie... Elfy miały sposób na
stworzenie mocnych żagli, które jednocześnie pokazywałyby, że to ich rasa je
stworzyła i nikt inny.
Ailis podziwiała statki
co wieczór. Często się zmieniały, wypływały na spotkanie przygód, albo
powracały do domu. Z rzadka zdarzało się, że zawitał do portu pochodzący z
innej rasy. Widywała głównie ludzi i krasnoludów. O obydwu rasach nie miała najlepszego
zdania. Ludzie często się awanturowali i przeszkadzało im dosłownie wszystko.
Zawsze chcieli postawić na swoim, rządzić... Nie traktowali elfów z szacunkiem.
Krasnoludzcy podróżnicy bywali bardziej przyjaźni. Kiedy wystarczająco dużo
zjedli i się napili można było nawet z nimi pośpiewać, ale mimo to zachowywali
się zdecydowanie za głośno. Elfy bardzo lubiły śpiew - kochali nade wszystko.
Najwięcej piosenek stworzyła właśnie ta rasa i wiele innych korzystało z tych
utworów.
Rozmyślania dziewczyny
przerwał stukot do drzwi jej pokoju.
- Proszę - powiedziała
nieco głośniej niż zazwyczaj. Pokój był duży, utrzymany w ciepłych kolorach
wiosennego poranka. Łóżko mieściło wiele poduszek, a nad nim wisiał baldachim
wsparty na gałęziach drzewa. Całe wnętrze zostało zaprojektowane jakby
znajdowało się pośrodku wielkiego drzewa, co było zrozumiałe, ponieważ Ailis
należała do leśnych elfów. Większość domów znajdowała się w ich koronach. Zamek
był jednym z wyjątków, wzniesiono go na wzgórzu, ale był na tyle wysoki, że
można by pomyśleć iż to wielkie drzewo.
Do wnętrza weszła służąca
- drobna elfka o jasnych włosach. Miała prześliczne jaskrawo-zielone oczy.
- Przepraszam, że
przeszkadzam, ale twój ojciec Cię wzywa.
Po tych słowach zostawiła
uchylone drzwi i się oddaliła.
Ailis westchnęła.
Przeczuwała jaka rozmowa ją czeka i wcale jej się to nie uśmiechało. Wciąż
miała przed oczami wspaniały widok oceanu, który zawsze będzie tylko oglądała z
okna.
Ruszyła przez drzwi, a
później podążyła wielkimi korytarzami zamku, wysokimi na kilkanaście metrów.
Wszędzie panowały odcienie zieleni, przeplatane z gałązkami cudownych kwiatów.
Wiele z nich było unikatowych, których już próżno szukać na tym świecie. Wiele
wyginęło - nie do końca wiadomo dlaczego.
Błękitne oczy Ailis
wpatrywały się w ściany odwlekając jak najbardziej to co nieuniknione. Jej
długie, błyszczące - ciemne niczym sierść pantery włosy falowały delikatnie na
lekkim zefirku. Zapewne zostawiono uchylone okna u góry sklepienia, aby
przewietrzyć korytarze.
Bladoniebieska suknia, z
wyszywanymi złotymi zawijasami sunęła powoli po podłodze. Ubrania elfów nigdy
nie były przesadne - nie miały niepotrzebnych zdobień i dużych dekoldów, były
skromne w ilości użytego materiału, ale też bogate i eleganckie. Wielu się
zachwycało dokonaniami tej rasy w dziedzinie projektowania ubrań. Zresztą, nie
tylko w tej.
Na głowie Ailis lśnił
diadem - z najczystszego złota, wysadzany trzema kamieniami akwamarynu. Drobne
niteczki łańcuszków opadały jej na ramiona, a które zręcznie połączono z
diademem. Z tyłu głowy widniała mała pajęczyna podobnych łańcuszków.
Zimne ściany odbijały się
echem poważnego głosu władcy. Ailis szła powoli dotykając lewą dłonią
malowanych murów jakby bała się, że straci równowagę i upadnie na ziemię.
Otworzyła ciężkie, lekko uchylone drewniane drzwi z wyrytymi znakami władzy.
- Jesteś Ailis! Wchodź
śmiało, musimy porozmawiać. - odezwał się szczupły i wysoki mężczyzna w białej
szacie. Biel była oznaką najwyższej władzy.
Dziewczyna weszła i
zamknęła za sobą drzwi. Dopiero teraz zauważyła, że w pomieszczeniu był jeszcze
doradca króla. Wysoki o mrocznym spojrzeniu i intrygującym uśmiechu. Ailis
wydawało się, że jego serce jest równie mroczne co włosy na głowie. Nie
przepadała za nim.
Ojciec spoglądał surowo,
czuła, że musiał przybrać taki wyraz, aby zaznaczyć swoją wyższość nad nią.
Cokolwiek się stanie musi na to przystać, bowiem inaczej okryłaby siebie i jego
hańbą.
- Falghar, możesz
zostawić nas samych? - zwrócił się do doradcy, a ten ukłonił się lekko i
wyszedł, wciąż spoglądając na Ailis.
- Moja droga córko -
zaczął, po czym zbliżył się do zdobionego stolika niedaleko tronu i wziął w
rękę smukły dzbanek z wodą. Wlał ją do kryształowego pucharka malowanego w
koniczyny. - Zapewne wiesz, że niedługo czekają Cię zmiany. Wkrótce będziesz
musiała zająć należyte miejsce wśród swojego ludu, zaopiekować się nim. Jesteś
moim jedynym dzieckiem, więc to na tobie spoczywa odpowiedzialność. - odłożył
pucharek i zbliżył się do dziewczyny kładąc dłonie na jej wątłych barkach.
- Oczywiście nie pozwolę
ci samej borykać się z problemami królestwa. Rządzić może każdy, ale rządzić
mądrze potrafi niewielu. Chcę ci podarować pomoc w postaci człowieka czystego
serca, który będzie miał na względzie dobro podwładnych i twoje własne. - król
powrócił po swój pucharek i usiadł na tronie, aby podkreślić swoją władzę.
- Zwiążesz swój los z
synem zachodu, pochodzącym z rodu elfów z ciemnego lasu Duandi. On jest ci
przeznaczony, a ty jemu. Masz jeszcze czas by przygotować się do wielkiego dnia
zaślubin, gdyż odbędzie się dopiero za parę tygodni. - król zauważył, że twarz
Ailis pochmurniała.
Dziewczyna nie była
zadowolona z zaaranżowanego małżeństwa, ale wiedziała, że jeśli się sprzeciwi
okryje wszystkich hańbą. Była gotowa pójść na to poświęcenie.
Król Theris wstał,
ponownie zbliżył się do córki i chwycił ją za ręce.
- Książę odwiedzi nas za
kilka dni, wtedy go poznasz. Rozumiem, że to będzie dla ciebie trudne, ale
Lenthir to dobry elf. Nie wybrałbym nikogo, kto mógłby cię skrzywdzić. -
wiedział, że nie powinien tego mówić, ponieważ stracił osłonę surowego i
wymagającego władcy. Zniżył się do jej poziomu. Jednak, to była jego córka.
Najukochańsza istota na świecie.
- Rozumiem ojcze. -
ukłoniła się i wyszła z sali tronowej.
Po tej rozmowie już nic
nie będzie takie samo.
Kilka wschodów słońca
pozostałych do wizyty księcia minęło bardzo szybko. Kilka dni wolności, które
Ailis mogła spędzić na tym, co kochała równie mocno co ocean. Jako leśny elf
była niezwykle zwinna, wspinała się na wysokie drzewa i poruszała pomiędzy ich
koronami. Docierała w najdalsze zakątki leśnego królestwa, by badać i
eksplorować nowe tereny. Czasem napotykała różne ciekawe istoty jak np. Enty.
Byli to strażnicy lasu. Nie obchodziły ich granice państw, ani waśnie pomiędzy
rasami. Jedyne nad czym czuwali to równowaga flory i fauny. Nikt tak naprawdę
nie wiedział ilu entów zostało - myślę, że nawet oni sami tego nie wiedzieli.
Utrzymywali jednak, że jest ich wystarczająco dużo by zaopiekować się
wszystkimi lasami na tej planecie.
Ailis lubiła rozmawiać ze
strażnikami, chociaż często traciła na to większość dnia. Enty bowiem mimo, że
bardzo rozmowne mówiły niezwykle wolno. To denerwowało większość istot,
ponieważ każdemu wciąż się spieszyło, czego same enty nie rozumiały. One na
wszystko miały czas.
Oprócz nich Ailis
natykała się np. na swoich dalekich kuzynów - drobne wróżki, albo na patyczaki,
które wciąż uciekały przed czyhającymi zagrożeniami.
W ostatni dzień wolności
Ailis biegła daleko. Minęła wielkie prastare drzewo, polanę, przez którą
płynęła złocista rzeka, grzybowy gaj, gęsty zakątek, w którym z drzew opadały
liany i jeszcze dalej na północ. Część drogi przemierzyła dotykając stopami ziemi,
a część - drzew. Pogoda była cudowna - promyki jaśniejącego słońca przenikały
przez korony i padały na dywan z trawy i kwiatów. Ciepły płaszczyk powietrza
otulał dziewczynę, u której wypełzły rumieńce na twarz. Wysiłek był tego wart.
Dobiegła w końcu do
wodospadu i zatrzymała się na gałęzi drzewa. Cudowna ściana wody opadała z
wysokiej góry i odbijała promienie słońca tworząc na powierzchni małe
kryształki. Woda wlewała się do rzeczki u stóp góry - wokół nie było żywej
duszy. Ani jednej wróżki, czy Enta. Rzadko jednak tu kogokolwiek widywała,
dlatego było to całkowicie jej miejsce - jedyne i niepowtarzalne. Ukochane.
Zeszła z drzewa i usiadła
przy strumieniu napiwszy się z niego. Woda miała smak słońca, ciepły i słodki.
Ailis zaśpiewała na
pożegnanie swojego dawnego życia. Zamknęła w słowach piosenki wszystko to czego
doświadczyła, co dawało jej radość, ale i smutek. Wspomnienia dobre i złe,
bowiem wszystkie ją czegoś nauczyły. Otworzyła serce na nowy początek - na
zmiany jakie miały nadejść lada dzień. Bała się, nie tylko zaślubin z elfem,
którego nie znała i nie kochała... ale i planów, które zamierzała wcielić w
życie. Czegoś, czego nikt się po niej nie spodziewał....
Nazajutrz, w samo
południe przybył ze swym orszakiem - Lenthir - białowłosy elf o przenikliwym
wzroku wypełnionym ogromną nadzieją, że spotka kogoś, kogo szukał od tak dawna.
Jedynej i cudownej miłości zamkniętej w postaci drobnej elfki. Marzył, aby to
małżeństwo nie było jedynie z rozsądku, ale aby rozpaliło ich serca, a świat
zawirował. Był wielkim marzycielem... Do tej pory nie wiedział jak bardzo.
Książę zsiadł ze swojego
wierzchowca - pięknego konia o podpalanym ubarwieniu - i udał się w kierunku
oczekującego na niego władcy tej krainy.
- Witaj na naszych
ziemiach Lenthirze. To zaszczyt móc gościć tutaj syna Duandi, wspaniałego
księcia z lasów północy. - rzekł dostojnie.
- To dla mnie większy
zaszczyt, że mogę tu przebywać o dostojny Therisie. Bądź pozdrowiony również od
mego ojca - Ataliasa, który niestety nie mógł do mnie dołączyć. - głos Lenthira
był miękki, delikatny i jedwabisty. Zaskoczył wielu zgromadzonych przybyłych na
powitanie.
- Dziękuję młody elfie.
Proszę, zapraszam do zamku. Napewno jesteś zmęczony i głodny, więc nie wahaj
się korzystać z mojej gościnności. W porze obiadu poznasz moją córkę i
będziecie mogli spędzić trochę czasu razem.
Lenthir skłonił głowę i
ruszył za królem. Miał na sobie odświętną, elegancką tunikę - taką, którą
zakłada się tylko na najważniejsze wydarzenia. Uznał, że dziewczyna jest warta
wszelkich starań. Tunika miała wyszywany znak drzewa z wieloma rozgałęzieniami,
rozrastało się praktycznie na całą klatkę piersiową, a pień był mocny i gruby.
Utrzymywał wszystkie gałęzie w równowadze - mimo, że było ich tak wiele. Był to
symbol władzy i znak, o którym każdy elf powinien pamiętać. Władca musi być tak
mądry jak ten pień - rządzić utrzymując wszystkie gałęzie na swoich barkach.
Tunika miała odcienie
niebieskiego i turkusowego, co nieco wyróżniało się na tle ścian zamku
obfitujących w zieleń.
Kiedy Lenthir zasiadł do
posiłku nawet nie wiedział jak był głodny, i jak cała podróż go zmęczyła. Długo
trzymały go emocje, które wiązały się z dzisiejszym wydarzeniem.
Nadal z ogromną nadzieją
w oczach wyczekiwał tej chwili kiedy ją pozna...
W komnacie księżniczki
panował spokój, ale wewnętrznie Ailis była zdenerwowana. Zaciskała palce tak
mocno, że prawie drętwiały. Wokół niej, dwie elfki uwijały się by ją ubrać i
dopracować wszelkie szczegóły. Ailis musiała wyglądać pięknie i
niepowtarzalnie, nikt nie chciał, aby coś przeszkodziło małżeństwu.
W duszy była rozdarta, w
myślach panowała burza, aż na twarzy wystąpiły wypieki. "No dalej, musisz
się uspokoić dziewczyno" - mówiła do siebie w myślach. "To nic
strasznego. Napewno będzie miły. W końcu to ojciec go wybrał. Dasz sobie
radę." Starała się sama siebie pocieszyć. Na koniec zmówiła modlitwę.
Przyszedł czas, by dwoje
narzeczonych się poznało. W sali tronowej panowało lekkie zamieszanie - zebrali
się bowiem tutaj najszlachetniejsi elfowie, doradcy króla, podwładni mający
największe wpływy. Na tronie siedział Theris w koronie ze złota, wysadzanej
drobnymi szmaragdami. Pośrodku, przed królem stanął Lenthir, który jeszcze żywo
dyskutował ze swoim przyjacielem. Chciał wiedzieć czy wszystko zostało
odpowiednio przygotowane.
W pewnej chwili podeszła
do króla jedna ze służących i szepnęła:
- Księżniczka jest
gotowa.
Król się uśmiechnął co
zauważyli wszyscy zgromadzeni. Atmosfera stała się jednak napięta, sporo osób
miało obawy, że któreś z elfów nie dotrzyma obietnicy i będzie chciało się
wyłamać. Część obawiała się również, że Lenthir nie będzie odpowiednim władcą i
następcą Therisa. Wielu miało obiekcje, że krajem nie będzie rządził syn króla,
ale było to niemożliwe, gdyż męskiego potomka nie było.
Król natomiast martwił się
szczęściem swojego dziecka - w całej tej politycznej zawierusze.
- Proszę wszystkich o
zachowanie spokoju - rzekł wstając z tronu. - Lenthirze, synu Ataliasa, pragnę
przedstawić ci kwiat lasów Merrindel, piękną i wspaniałą Ailis - moją córkę.
Po tych słowach otworzyły
się wielkie wrota prowadzące do sali. Weszła szczupła dziewczyna o bladej
cerze, ale z lekkimi, czerwonymi wypiekami na policzkach. Miała na sobie białą,
zwiewną suknię z drobnymi, zielonymi elementami, które podkreślały kraj jej
pochodzenia. Diadem mienił się złocistym blaskiem, gdzieniegdzie spoglądając na
wszystkich szmaragdowymi oczyma.
Lenthir oniemiał. Miał
przed sobą zjawisko - ducha. Nigdy w życiu nie widział nikogo piękniejszego.
Oczy dziewczyny migotały niczym gwiazdy w bezchmurną noc. Jej jedwabista skóra
widoczna tylko w niektórych fragmentach - pociągała go. Kruczoczarne włosy
opadały jej na ramiona, niektóre kosmyki zostały splecione w cieniutkie
warkoczyki. Świat się zatrzymał, a w elfiej piersi głośniej zabiło serce.
Ailis z trudem
powstrzymywała drżenie rąk. Lenthir wyglądał na przystojnego elfa, ale nie
odczuła przy pierwszym spotkaniu niczego nadzwyczajnego. Chciała tylko, aby
oficjalna część szybko się skończyła i żeby nerwy ją opuściły.
Elf ukłonił się i
ucałował delikatnie jej dłoń.
- Miło mi cię poznać
Ailis. - uśmiechnął się.
- Mi ciebie również
książę, synu lasów Duandi. - zabrzmiało to bardzo oficjalnie, ale wolała nie
pozwalać sobie na lekki język w tym momencie.
- Mam dla ciebie prezent
zaręczynowy księżniczko. Proszę, pozwól mi go wręczyć, niech każdy jego drobny
element odbija dla ciebie blask gwiazd, tak jak i w twoich oczach mogę go
ujrzeć.
Lenthir poprosił
przyjaciela o pakunek i wręczył go w dłonie Ailis. Wtedy po raz pierwszy mógł
dotknąć jej delikatnej skóry, tylko przez ułamek sekundy.
Dziewczyna otworzyła
pudełko, a w środku znalazła bransoletę - ale nie zwyczajną. Miała szerokie
oczka, w których umieszczono jakby kawałki obrobionego szkła. Nie była do końca
pewna z czego to zrobiono, ale wiedziała, że musiało być to rzadkie. Nigdy
bowiem nie widziała czegoś podobnego. Szkiełka faktycznie odbijały blask - i
tylko blask gwiazd - nie rażąc przy tym w oczy. Czuła, że jest w tym nieznana
jej magia.
- Bardzo dziękuję książę.
To.. niezwykły prezent. - uśmiechnęła się.
Król Theris zwołał
wszystkich na posiłek, co ucieszyło zgromadzonych, bo zaczęli odczuwać głód od
tej niezwykłej atmosfery - mieszance nerwów, oburzenia, miłości i nadziei.
W trakcie ucztowania
wszyscy żywo rozmawiali, każdy elf był zainteresowany odczuciami innych
związanymi z zapoznaniem i podarkiem dla przyszłej królowej. Stoły były suto
zastawione najlepszymi potrawami - wszystko pachniało wybornie; słodki miód lał
się hektolitrami. Panowało ogólne zamieszanie - wszędzie prócz fragmentu stołu
jaki zajmowali młodzi. Ailis siedziała cichutko wpatrując się w ziarnka ryżu na
talerzu i czując jak coraz bardziej opuszcza ją głód. Lenthir natomiast nałożył
sobie małą porcję pieczonych przepiórek, gdyż zjadł już wcześniej i obecnie nie
był bardzo głodny. Co parę chwil zerkał na swoją przyszłą żonę i martwił się,
że nie chce jeść. Domyślał się, że jest zdenerwowana - on przecież też był, ale
znosił to lepiej. Chciał jej jakoś pomóc...
- To.. ile ich jest? -
zapytał z uśmiechem.
- Hmm? - spojrzała z
zaciekawieniem odrywając się od swych odległych myśli.
- Ziarenek. Policzyłaś
je, prawda?
Uśmiechnęła się, a nerwy
lekko opadły.
- Moje oczy widzą
znacznie więcej niż żołądek.... Może jednak zjem jeszcze trochę.
Czas mijał bardzo powoli...
za wolno. Dziewczyna miała wrażenie jakby ktoś rzucił zaklęcie. Wszyscy w
spowolnieniu otwierali usta żywo rozmawiając, inni przeżuwali jeden kawałek
mięsa dziesięć minut. Jej myśli krzyczały: "Błagam, niech to się
skończy!"
Pod koniec posiłku król
wstał i powiedział lekkim tonem:
- Ailis, moja droga. Bądź
taka dobra i zaśpiewaj coś dla nas. Twój cudowny głos napewno umili wszystkim
ten czas, a i Lenthir będzie mógł go usłyszeć. Nie daj się prosić!
Śpiew? Jedyne o czym
miała teraz ochotę śpiewać to o utraconej wolności...
Dziewczyna wstała i jej
zwiewna postać zbliżyła się do harfy ustawionej w rogu dużej jadalni. Ułożyła
palce na drobnych, połyskujących strunach i zamknęła oczy. Próbowała
przypomnieć sobie miłą melodię, która nie sprawiłaby nikomu bólu. Szarpnęła
struny, a niebo rozwarło się nad salą. Miliony gwiazd poszybowało ku elfom,
kiedy Ailis zaczęła śpiewać. Jej głos niczym jedwab otulił zgromadzonych. Z
nieba poleciały strumyki czystej wody i rozbiły się na miliony cząsteczek kiedy
dotknęły podłogi. Drobny pył osiadł na głowach elfów, a po dotknięciu zamienił
się w tysiące płatków śniegu. Płatki wirowały w tańcu, każdy różny od drugiego.
Spotkały się dwa - gdzieś nad głowami zgromadzonych - poczęły tańczyć wśród
gwiazd. Traktowały siebie z uwielbieniem i miłością i odfrunęły w niebiosa, ku
szczęśliwej przyszłości.
Ailis usiadła z powrotem
obok Lenthira. Rozbrzmiały gromkie brawa.
- Twoja muzyka jest taka
piękna. Nie spotkałem nikogo, kto śpiewałby równie cudownie. - Przyszły
małżonek był pod wrażeniem. Nie wyobrażał sobie nawet z jakim wielkim wysiłkiem
śpiewała.
- Dziękuję. - odrzekła. W
duchu jednak było jej smutno, że musiała skłamać tworząc tę piosenkę. Wolałaby
zaśpiewać o tym co czuje, a nie co powinna czuć.
Po obiedzie młodzi
wybrali się na spacer po ogrodach królewskich, a biesiadnicy jeszcze długo
dyskutowali nad przyszłością państwa.
Była już późna godzina i
niebo zasnuły zastępy gwiazd przymglone nieco przez nadciągające, ciemne
chmury. Pogoda się popsuła i mimo, że nadal było dość ciepło to lekki wiaterek
odwiedził te okolice.
Para szła ścieżkami z
drobnych kamieni w kształcie sześcianów. Drogę oświetlały im pięknie zdobione
lampy, które przypominały gałęzie drzewa. U ich szczytów jaśniał blask tak
czysty i tak jasny jak blask księżyca. Elfy ukochały sobie to światło - były
jedyną rasą, która potrafiła je oswoić. Kwiaty i drzewa w ogrodzie powoli
układały się do snu, zupełnie nieświadome nadchodzących wydarzeń.
- Tam skąd pochodzę mamy
pewną legendę - zaczął Lenthir. - Legendę o białej łani przechadzającej się
wśród drzew. Nie jest ona tak do końca biała, wygląda jak zjawisko, trochę jak
duch. Nikt nigdy jej nie widział, ale wszyscy czują jej obecność. Legenda
narodziła się w dawnych czasach, kiedy walczyliśmy o kawałek ziemi, o naszą ojczyznę.
Elfy mówiły, że biała łania ukazuje się tylko tym czystego serca i dodaje im
odwagi do walki o sprawiedliwość. Łania nie staje po żadnej ze stron, dba tylko
o utrzymanie porządku. Kilku wojowników twierdziło, że widziało ją
przechadzającą się po łąkach i pijącą z magicznego źródła. Nie wiem czy w to
wierzyć, ale udało nam się wygrać bitwę i mogliśmy się osiedlić. Łania stała
się symbolem i znakiem, że dążymy w kierunku równowagi na świecie. Kiedy byłem
młody opowieść ta dodawała mi otuchy mimo, że nie wiedziałem czy jest
prawdziwa.
- To bardzo piękna
legenda, ale dlaczego mi ją opowiadasz?
- Ponieważ to
zadziwiające jak drobne symbole mogą dodać istotom odwagi, w jak wiele rzeczy
się wierzy bez żadnych dowodów na ich poparcie. Każda istota na ziemi w coś
wierzy - nieważne czy to bóstwo, opowieść, czy własny wymysł. Każdy tego
potrzebuje tak jak powietrza by oddychać. - uśmiechnął się do niej i przerwał
na chwilę. - Poza tym, mówię ci to, ponieważ tuż przed przyjazdem miałem sen.
Sen, który nigdy wcześniej mi się nie przyśnił. Byłem sam w lesie, wokół
panowała ciemność, aż na ścieżce pojawiły się małe, białe ogniki. Podążyłem za
nimi, aż trafiłem na większą polanę, pośrodku której znajdowało się małe
jeziorko. Migotało w świetle księżyca, a na jego powierzchni pojawiły się koła
na wodzie. Nie wiedziałem dlaczego, bo nie spadła żadna kropla, ani nic innego
nie zakłóciło spokoju tafli. Po chwili znów zauważyłem zmąconą wodę. Wyglądało
to tak jakby niewidzialne zwierzę z niej piło. Kiedy wytężyłem wzrok wydawało
mi się, że widzę zarys kształtów, ale nie byłem pewien. Po przebudzeniu
przypomniałem sobie historię o łani i chociaż nie wiem czy to ona mi się
przyśniła to poczułem ją w sercu. Poczułem odwagę by zmierzyć się z nadchodzącą
przyszłością.
- Rozumiem. W moim
przypadku to blask gwiazd daje mi siłę - odrzekła Ailis, a jej oczy błysnęły. -
Zresztą, nie tylko mnie. Elfy wierzą, że w gwiazdach zawarta jest naturalna i
czysta magia. To dzięki niej potrafimy leczyć, często z bardzo poważnych chorób
i ran. To jest też coś, co ciężko wytłumaczyć i myślę, że dzięki naszej wierze
możemy dokonać rzeczy wielkich.
Ailis mówiła z
przejęciem, a serce młodego elfa biło coraz mocniej.
Tej nocy jeszcze długo ze
sobą rozmawiali, przywołując wspomnienia o starych, zapomnianych opowieściach.
Kiedy nareszcie ułożyli się do snu każde zaczęło jednak marzyć o czymś innym.
Lenthir wierzył, że udało mu się choć trochę rozbudzić serce księżniczki i
postanowił, że będzie się o nie starał ze wszystkich sił.
Ailis natomiast wpatrywała
się w ocean, w myślach powtarzając: "Już niedługo..."
Do zaślubin zostało parę
tygodni w czasie których para spędzała czas ze sobą. Ailis pokazywała
przyszłemu mężowi ulubione miejsca, przechadzała się z nim po mieście; a kiedy
nie spotykali się - Lenthir dyskutował z królem o obowiązkach. Nie od razu po
ślubie miano mu przekazać całą władzę, król bowiem miał jeszcze rządzić
przynajmniej przez rok. Ponieważ jednak wszystko szło gładko Theris już
postanowił wtajemniczyć Lenthira w tajniki władzy. Miał zamiar go uczyć tak
długo, aż będzie zadowolony i będzie mógł spokojnie odejść do nieśmiertelnych
krain.
Jak tylko Lenthir miał
wolną chwilę wyszukiwał sposobów na oczarowanie Ailis. Pewnego razu podarował
jej jedną, na pozór zwyczajną różę. Dziewczyna była zachwycona, gdyż jej płatki
były idealnej długości, a kolor bardzo nasycony. Nierealna perfekcyjność. Elf
powiedział jej, że szukał tej róży bardzo długo i nie wyobrażał sobie by mógł
ją posiadać ktoś inny. Ona była dla niego tak wyjątkowa, jak ten kwiat.
Ponieważ Ailis kochała
gwiazdy, wynalazł miejsce w lesie, w którym korony drzew rozstąpiły się tworząc
okrąg. Przez otwór wpadał blask gwiazd - tylko na tę część polany. Kiedy ją tu
przyprowadził, zaczęła śpiewać i tańczyć. O jak wielu miejscach w swoim własnym
domu jeszcze nie wiedziała?
Było wiele takich
chwil... Również momentów kiedy przypadkiem łączyły się dłonie młodych. Kiedy
kosmyk włosów zaplątał się o ramię Lenthira, kiedy tunika zahaczyła o suknię,
oddech jego na karku kiedy razem spoglądali w gwiazdy.
Nadszedł w końcu dzień, w
którym elf postanowił wyznać co czuje. Było to trudniejsze o tyle, że jeśli nie
wywołał żadnych uczuć u Ailis - i tak musieli się pobrać. Nie chciał nikogo
zmuszać do małżeństwa, ale nie miał wyboru.
Spotkali się w małej altanie
pośrodku ogrodów. Harcerzyki - młode, blado-żółte kwiaty wschodziły i kierowały
się ku słońcu. Aniołki chowały się wśród innych kwiatów by nie zostać
przyuważone, a ich błękitne płatki nosiły na sobie krople porannej rosy.
Roślinność kwitła i rozkoszowała się promieniami słońca.
- Ailis, już wkrótce
przysięgniemy sobie wierność na całe życie - zaczął Lenthir i chwycił jej
dłonie. Były chłodne, mimo że ciepło otuliło dziś świat. - Chciałbym przed tym
coś ci wyznać. Kiedy dowiedziałem się, że mam poślubić kobietę, której nie
kocham, ale przez to zawrzeć sojusz, nie byłem zadowolony. Jednak nasze dusze
odrodziły się w królewskich ciałach, to wielki dar, ale i klątwa. Mamy szansę
wpłynąć na tysiące elfów, poprowadzić ich ku lepszej przyszłości. Jednocześnie
musimy się poświęcić by ten cel zrealizować. Byłem do tego przygotowywany przez
całe życie, ty zapewne też. Muszę przyznać, że wiele oczekiwałem, że miałem
nadzieję na to, że dusza z którą się złączę będzie mi przyjazna. Dostałem nawet
więcej. Wlałaś w moje serce ciepło, którego jeszcze nigdy nie czułem. Drobna
iskra rozbudzona przy pierwszym spotkaniu rozpaliła się na dobre. Czuję do
ciebie coś wyjątkowego, czuję że możesz być duszą mi najbliższą.
Lenthir przytulił Ailis,
która jednak nie odwzajemniła uścisku.
- Proszę... nie mów już
nic więcej. - uwolniła się z objęć zakochanego elfa. Nie chciała mu tego mówić,
ale skoro zaczął nie miała wyboru. - Początkowo, kiedy nasze spojrzenia
spotkały się po raz pierwszy, bałam się. Jednak tamten strach jest niczym w
porównaniu do tego, co czuję teraz. A czuję tak, ponieważ muszę powiedzieć ci
prawdę. Zasługujesz na nią. - Wzięła głęboki wdech. - Jesteś dobrym elfem, masz
szczere serce i wierzę, że będziesz mądrym władcą. Tymbardziej przykro mi, że
nie czuję do ciebie nic więcej. Szanuję cię jako przyszłego męża i dochowam
wszelkich wierności, ale to wszystko co mogę ci obiecać.
Mężczyźnie zrobiło się
przykro, ale spodziewał się takiego obrotu spraw. Podczas wspólnych spotkań
dziewczyna zawsze była powściągliwa. Nie zbliżała się za bardzo, kiedy dotykali
się dłońmi - ona ją cofała. Miał jednak nadzieję - tak wielką jaką ma zakochana
istota.
Marzył, że będzie miał
jeszcze czas by przekonać Ailis. By rozbudzić w niej uczucie. Jeśli nie przed
ślubem, to napewno po nim.
Uroczystość odbyła się w
niezwykłym miejscu. Były to ruiny prastarego zamku, który wznosił się w czasach
panowania przodków króla Therisa. Znajdowały się niedaleko obecnej siedziby
elfów, a pozostało z nich zaledwie kilka zdobionych łuków, trochę ścian dawnych
komnat, ale przede wszystkim kamienie, które zaznaczały granice zamku. W
miejscu gdzie stał kapłan i gdzie młodzi mieli złożyć przysięgę stał duży łuk z
witrażem. Ostatnia większa pozostałość. Witraż przepuszczał cudowne, zielone
światło zaznaczając ścieżkę, którą będzie kroczyć młoda dama.
Już za chwilę... Już za
moment... nie będzie odwrotu.
Cudowna, lekka muzyka
przyfrunęła na wietrze...
Drobne pyłki z drzew
usypały ścieżkę...
Nawet enty przybyły na
uroczystość...
Drzewa utworzyły łuki, a
promienie słońca oświetliły okolicę.
Król Theris wysunął się
zza ściany. Lekkim krokiem wstąpił na ścieżkę i poprowadził nią Ailis. Miała na
sobie długą, białą suknię z miękkiego materiału, wyszywaną srebrnymi i
zielonymi wzorami. Zbiegały się w dole stroju, zakończone drobnymi pętelkami.
Rozszerzane rękawy powiewały na wietrze niczym delikatna mgiełka. Twarz Ailis
promieniała, ale oczy były smutne. Na głowie diadem przykrywał pajęczyny
łańcuszków plecionych wzdłuż włosów dziewczyny.
Król doprowadził córkę do
Lenthira i oddał mu jej rękę, skłoniwszy się.
- Oddaję pod Twoją opiekę
mój najdroższy skarb. Proszę, zatroszcz się o nią. - rzekł z powagą po czym
odszedł na bok.
Przemówił kapłan.
- Zebraliśmy się tutaj
aby połączyć syna Duandi i córkę Merrindel na wieczność. Niech to małżeństwo
przyniesie pokój i sojusz między dwoma królestwami i aby światło zarówno słońca
jak i gwiazd zawsze już świeciło nad wami.
Kiedy zapadły ostatnie
słowa przysięgi nie było już odwrotu. Zamknęły się za nimi ostatnie drzwi.
Ailis zaczęła obawiać się tego co nastąpi, ale jednocześnie była
podekscytowana.
"Już niedługo... Oby
tylko się zgodził..." - powtarzała w myślach.
Lenthir zatrzasnął drzwi
do komnaty. Została przygotowana specjalnie dla nich... na pierwszą, wspólną
noc. Na ścianach panowały typowe wzory dla Merrindel - gałęzie drzew, ptaki,
kwiaty różnokolorowe i delikatne. Wymalowane zostały również postaci grających
na fletach elfów - zwiewnych jak mgiełki. Ściany łączyły się z sufitem
przejściem z jasności... w ciemność nocy. Bardzo drobne gwiazdy migotały na tle
nieba.
Łoże wspierane na
gałęziach miało nieskazitelnie czystą i białą pościel, a na nim odpoczywały
perfekcyjnie ułożone poduszki. Z baldachimu spływały półprzezroczyste szarfy
sięgając samej podłogi.
Dziewczyna stała przy
oknie zaciskając palce.
- Ailis?
Odwróciła się w jego
kierunku.
- Nareszcie mamy chwilę
spokoju. Cała ta zabawa zaczynała mnie męczyć. - uśmiechnął się i ona również.
Nie przestała jednak ugniatać palców.
- Posłuchaj... Wiem, że
tego nie chcesz... I nie mam zamiaru cię zmuszać. Splamiłbym swój honor gdybym
to zrobił, więc nie denerwuj się. Możemy po prostu położyć się i porozmawiać
jeśli masz ochotę.
Była zaskoczona. Tradycja
nakazywała skonsumowanie związku i nigdy nie słyszała by ktokolwiek się tego
wyrzekł. Prawda jest też taka, że jeśli nawet któreś małżeństwo się nie
zastosowało - to nikomu nic by nie powiedzieli.
- Sama nie wiem... A
jeśli ktoś się dowie? - zapytała z drżeniem w głosie.
Elf chwycił ją za ręce.
- Nikt się nie dowie.
Nikomu nie powiemy.
Przytulił ją i razem
położyli się na jedwabistej pościeli. Rozmawiali o gwiazdach, o morzu, o
marzeniach i zwykłych sprawach. Lenthir był naprawdę wyjątkowym elfem - i Ailis
cieszyła się, że ma takiego męża. Honorowego i uczciwego. Sprawiedliwego.
Szkoda tylko, że nie potrafiła go pokochać, a przynajmniej jej serce bardzo się
przed tym broniło.
Minęło parę tygodni od
tych wydarzeń. Lenthir na dobre zadomowił się na nowej - dla niego - ziemi, a
król był zadowolony z jego rządów. Początkowo otrzymał pieczę nad drobnymi
sprawami królestwa, gdyż Theris chciał mieć pewność czy młodzieniec sobie
poradzi. Lenthir wydawał się szczęśliwy... a napewno bardzo spokojny. Ailis
natomiast z każdym dniem coraz bardziej uciekała w marzenia. Wyobrażała sobie
jak powinna przeprowadzić rozmowę z mężem i starała się przewidzieć każde jego
zachowanie i każde słowo jakie wypowie.
W końcu wybrała dzień -
na tyle spokojny, żeby elfa nie rozpraszało nic innego. Poprosiła również
gwiazdy o wsparcie, miała nadzieję, że wleją w jej serce odwagę i siłę - nie
tylko by zmierzyć się z mężem, ale by zmierzyć się z przyszłością.
Umówiła się na spotkanie
z nim w ich komnatach - miejscu, gdzie nikt ich nie usłyszy, ani nie będzie
przeszkadzał.
- Lenthirze, chciałabym
porozmawiać z tobą o czymś ważnym. - ze zdenerwowania zaczęły jej się pocić
ręce. - Mam pewne marzenie... głęboko schowane przed całym światem.
Wykiełkowało bardzo dawno temu, kiedy obserwowałam statki wpływające do naszego
portu, przywożące inne rasy i opowieści o przygodach. Z racji urodzenia nie
mogłam nawet myśleć o tym, że... I starałam się... Ale marzenie rosło w siłę z
każdym dniem. Nigdy nie sprzeciwiłabym się ojcu, a i on nigdy by się na to nie
zgodził. Przeszłam z jednych rąk męskich w inne... - przystanęła na chwilę. -
Dlatego chciałabym teraz prosić ciebie, mój mężu. Prosić o wolność.
Przyrzekałam ci przed kapłanem wierność i tej przysięgi dotrzymam, ale tak
bardzo chciałabym zobaczyć co jest za oceanem... Czy wszystkie te opowieści
były prawdziwe? Czy mogłabym być bohaterką chociaż jednej z nich? Jestem
księżniczką elfów, więc według prawa nie wolno mi opuszczać królestwa. Jednak
nie porzucam go, teraz Ty dzierżysz władzę razem z moim ojcem. Nie jestem tu
potrzebna. Proszę, daj mi odejść...
Mówiła z wielkim
przejęciem... A nogi elfa zmiękły. Nie spodziewał się tego mimo, że wiedział iż
nie jest zadowolona z małżeństwa. Był przecież dla niej dobry, dlaczego chciała
go porzucić? W głębi serca chciał się zbuntować, zabronić - powiedzieć, że
teraz jej miejsce jest przy mężu.
- W przysiędze nie było
tylko o wierności... Przyrzekłaś, że mnie nie opuścisz. Sądziłem, że będziesz
mi pomagała i wspierała w działaniach lub jeśli zauważysz niegodziwość z mojej
strony to się jej przeciwstawisz. - Czy w ogóle był w stanie ją zatrzymać?
- Masz rację, ale jesteś
szlachetnym elfem. Nie wierzę, że nie dasz sobie rady beze mnie i że będziesz
złym władcą. Wiem, że nie zrujnujesz królestwa. Przykro mi, że część przysięgi
muszę złamać.
Lenthir podszedł do okna
i spojrzał na port w oddali. Oparł się z rezygnacją o ramy.
- Jak sobie to
wyobrażasz? Z kim będziesz podróżować? I na jakim statku?
- Nie martw się. Mam już
wszystko przygotowane i będę pływać z dobrymi ludźmi.
- Z ludźmi? - odwrócił
się ku niej. - Przecież wiesz jacy są ludzie. Nie można im ufać!
- Ludzie bywają różni...
Sporo z nich to awanturnicy, ale są też porządni i uczciwi. Poza tym, może i
jestem księżniczką, ale walczyć potrafię. Bez problemu posługuję się łukiem i
mieczem. Potrafię o siebie zadbać. - zapewniała.
- Ale nigdy nie wyruszałaś
poza Merrindel! Nie wiesz jak tam jest. Nie wiesz co może cię spotkać.
- I właśnie dlatego chcę
płynąć. Moje serce wyrywa się ku oceanowi. Świat jest taki ogromny i pełno na
nim cudów, które warto zobaczyć. Proszę, pozwól mi.
- Nie przekonam cię,
prawda? - zapytał, a ona kiwnęła głową na nie. - ostatnie pytanie. Wrócisz tu
jeszcze?
- Oczywiście, że wrócę -
uśmiechnęła się.
Lenthir wziął głęboki
wdech.
- W porządku. Idź, gonić
za marzeniami. Tylko proszę, uważaj na siebie.
Rzuciła mu się na szyję i
pocałowała w policzek. Była szczęśliwa, choć to dopiero początek. Wychodząc z
sali już czuła powiew oceanu. Nie pożegnała się z nikim innym. Nikt nie
wiedział co zamierza prócz jej męża.
Dokonała wyboru - zrobiła
wszystko co jej polecono, teraz chciała wykorzystać czas dla siebie. Na coś, co
było tylko jej pomysłem. Jej marzeniem.
C.D.N.
Opowiadanie pisane kilka dni, skończone - dzisiaj - 22.02.2014r.

Piękne opowiadanie ;) Szczególnie te wszystkie opisy mnie zafascynowały. Jest ich dużo i są bardzo dokładne i szczegółowe. Dzięki czemu wykreowany przez Ciebie świat wyobraziłem sobie z taką łatwością, że prawie widziałem go przed oczyma ^^. Co ciekawe, legenda o białej łani przypomniała mi scenę z HP i Więzień Azkabanu, gdy Harry widział białego jelenia (ducha swego ojca) na jeziorem.
OdpowiedzUsuńWyczuwam tutaj też inspiracje filmem The Hobbit lub WP...
Czekam na kontynuacje ;)
Tak - masz rację - mam ostatnio fioła na punkcie WP i Hobbita ;) Jeśli chodzi o HP to widocznie zrobiłam to podświadomie - już nawet zapomniałam o tej scenie :P.
Usuń